Editorial:
Sędziego Igora Tuleyę poznałam wiele lat temu, obserwując go na sali rozpraw. Wtedy w moich oczach prawo przybrało twarz człowieka — z krwi, kości, emocji i sumienia. Takiego, który nie chowa się za paragrafem, ale idzie z nim ramię w ramię.
Gdy nadarzyła się okazja rozmowy, początkowo miał to być wywiad. Rozmowa w pytaniach i odpowiedziach, z miejscem na mój głos. Standardowa praca dziennikarska. Ale im uważniej wsłuchiwałam się w jego historię, tym bardziej rozumiałam, że tu nie ma miejsca na dwugłos. Że czasem trzeba usunąć się w cień i zostawić scenę temu, kto niesie opowieść większą niż my sami.
Z wielką radością i nieskrywanym wzruszeniem oddaję dziś w ręce czytelników swój najlepszy tekst w karierze — reportaż literacki, w którym zobaczycie Państwo niezwykłego człowieka. Jego ból i jego siłę. Prawdziwie trudną historię próby złamania za prawdę i odrodzenia z resztek siły. To opowieść wbrew pozorom o wolności, naszym kraju, który wszyscy kochamy. By lepiej wczuć się w jego echo, czytelnikom towarzyszyć będzie polska klasyka punk rocka.
Iwona Sobczak
Redaktor naczelna The Editorial
***
Igor Tuleya
Moje podwórko. Moja Polska
Wstaję o szóstej. Taka godzina niby zupełnie zwyczajna. Dla mnie też, bo już nie wstaję o piątej – chociaż przez długi czas właśnie tak wyglądały poranki. Wtedy nie wiedziałem, czy dziś to ten dzień. Czy nie staną pod drzwiami z nakazem, z decyzją, z gotowym scenariuszem? Jak przychodzą po człowieka, to zawsze o szóstej. Punktualni są jak w zegarku. Więc wstawałem wcześniej. Żeby mieć czas się ubrać, wypić kawę, zebrać myśli. Spojrzeć w lustro. Być może ostatni raz jako obywatel, zanim zrobią ze mnie numer sprawy. Dziś raczej nie przyjdą. Ale ja i tak wstaję wcześnie. Ciało nie zna się na polityce, ale ma świetną pamięć.
Do sądu mam kilka minut piechotą. Codziennie chodzę tą samą trasą, między ulicami, które widziały więcej niesprawiedliwości, niż ktokolwiek zdążyłby zapisać w aktach. Choć rzeczywistość jest już inna, ulice się nie zmieniły. Nadal pamiętają jeszcze wyroki z czasów wojny. Krew tych, którzy ją przelewali, i tych, którym ją przelano.
Ktoś trzaska drzwiami samochodu, ktoś otwiera sklep, autobus leniwie przyspiesza, wciskając się w wieczny korek. Na prasowych wystawach te same stare twarze, lecz na nowych okładkach. I ludzie, których mijam. Część się uśmiecha – czasem z sympatią, czasem z czymś innym. W sumie trudno powiedzieć z czym. Taki uśmiech, co nie wiadomo, czy ci dobrze życzy, czy po prostu wie, że już i tak masz dość. Ale są i tacy, co się nie kryją. Podchodzą bez zapowiedzi. Nie pytają, nie czekają. Mówią to, co przyszli powiedzieć:
– Ty czerwona kurwo! Ty żydowski sprzedawczyku!
Jakby to był jakiś tytuł. Jakby chcieli mi go wepchnąć do dowodu osobistego. Mówią to podniesionym głosem, ale bez emocji. Prosto w oczy. To się zdarza. Częściej niż by się chciało. Trzy razy skończyło się nawet rękoczynami. Najgorzej było we wrześniu, przed wyborami. Warszawski Plac Unii, południe, centrum miasta, dzień jak każdy. I nagle cios. W bark. Bez uprzedzenia. Bez „dzień dobry”. Po prostu.
I nic – żadnej reakcji. Zero ludzi. Zero zatrzymania. Zgłaszać? Niech zgadnę – monitoring nie działa. Świadków nie ma. A potem jeszcze trzeba się tłumaczyć. Może pan był nerwowy? Może pan sam sprowokował? Może trzeba było przejść na drugą stronę ulicy i dać się opluć w ciszy?
W dzisiejszej Polsce sędzia nie może się zdenerwować.
Nie może się bronić.
Nie może wyglądać, jakby miał emocje.
Ma być spokojny, profesjonalny, wyrozumiały.
Nawet wtedy, gdy ktoś go bije.
Nawet wtedy, gdy ktoś mu mówi, że nie ma już w tym kraju dla niego miejsca.
Więc tak – wstaję o szóstej. Idę do sądu. Zakładam togę. Siadam za stołem, który wygląda tak samo, ale już nie daje tej samej pewności. I robię to wszystko, bo wiem, że jeśli my tego nie zrobimy, nikt tego za nas nie zrobi. Nie dlatego, że jesteśmy bohaterami. Ale dlatego, że gdy oni przestali pytać o granice, ktoś musi je wciąż wyznaczać.

„A co zrobisz, gdy rozkaz zabrzmi groźnie? Czy będziesz protestował, czy podawał gwoździe?” Dezerter
Nie pamiętam momentu, w którym dowiedziałem się, że moi rodzice są po drugiej stronie barykady. Nie było odkrycia, nie było szoku. Od zawsze wiedziałem, że mój ojciec był milicjantem. Mundurowym. W dzieciństwie to nawet wydawało mi się ciekawe – bo co może być bardziej ekscytujące dla chłopca niż opowieści o łapaniu złodziei? Gdy go wypytywałem, odpowiadał tak, żeby mnie to bawiło… włamywacze, pościgi, sprawiedliwość. Takie historie, które można opowiedzieć dziecku bez wywoływania koszmarów.
Nie było go jednak z nami zbyt często. Przez kilka lat pisał doktorat z kryminalistyki, konkretnie z fałszerstw pieniędzy. W Moskwie. Tam studiował, badał, pracował. W praktyce – znikał z naszego życia na długie miesiące. Wtedy w domu była głównie matka. Jej obecność była bardziej wyrazista, choć jej praca – nie. Wiedziałem, że była funkcjonariuszką Służby Bezpieczeństwa. Pamiętam, że zajmowała się głównie inwigilacją dyplomatów, ale poza tym… właściwie nie wiem nic więcej. Nie przynosiła pracy do domu. Nie widziałem teczek ani akt, nie słyszałem rozmów przez drzwi. To nie była atmosfera filmu szpiegowskiego, nie było scen jak z Barei. Nie śpiewaliśmy „Biełyje noczi” w Wigilię. Żyliśmy raczej zwyczajnie. Cicho. Tak, jakby cały ten system był czymś z zewnątrz.
Nigdy też nie słyszałem z jej ust propagandy. Nie uprawiała agitki. Nie próbowała mnie indoktrynować. Chodziłem już wtedy do Reytana – dobrego, elitarnego liceum, które uczyło mnie patrzeć krytycznie. I tak patrzyłem. Należałem tam do „Czarnej Jedynki” – legendarnej drużyny harcerskiej, z której wyszli Andrzej Celiński, Antoni Macierewicz, Janusz Onyszkiewicz, Ludwik Dorn i Paweł Kowal. Ludzie z zupełnie różnych światów, ale wtedy jeszcze wszyscy po jednej stronie. Po stronie wolności, po stronie buntu. Z jednej strony więc wracałem ze szkoły, gdzie uczyli mnie niezależnego myślenia, z drugiej – wracałem do domu, gdzie czekała kobieta, która dała mi życie, ale służyła temu systemowi. I co wtedy? Potrafiłem to rozdzielić? Nie wiem. Może nie musiałem. Może byłem jeszcze za młody, żeby to w ogóle próbować łączyć.
Nie było wielkich kłótni. Raczej wymiany zdań, różnic w poglądach. Ja też nie próbowałem jej przekonywać. Jeśli moje argumenty nie trafiały – nie drążyłem. Nie było w tym chłodu, raczej pogodzenie. Wiedziałem, że mnie kocha. I ja ją kochałem. Ale byliśmy już wtedy trochę jak obywatele dwóch różnych państw.
Odeszła z pracy jeszcze przed 89. rokiem. Chyba w 86., może na emeryturę, może na rentę – dokładnie nie pamiętam. Ale to, co pamiętam, to że nawet wtedy, u progu końca tego świata, który reprezentowała, w naszym domu nie było fanatyzmu. Był porządek, cisza, zwyczajność. Nie wiem, czy to wystarczało, by się nie wstydzić. Ale nigdy się nie wstydziłem. W końcu dorastałem w cieniu milicji. Nie jako wróg systemu, nie jako aktywista podziemia, ale chłopak, który słyszał te rozmowy przy kuchennym stole.
„Nie ma dni i nie ma nocy – znamy tylko ciemny świat” TZN Xenna
Wiedziałem, że są rzeczy, których nie powinno się mówić – nie dlatego, że są złe, tylko, że mogą sprowadzić kłopoty. To wystarczyło, by zrozumieć, w jakim kraju żyję. Kiedy zabili Grzegorza Przemyka, miałem kilkanaście lat. Pamiętam nie to, co mówiono – bo mówiono niewiele – ale to, co się czuło. Był starszy, z innego pokolenia, z innej dzielnicy – ale jego śmierć i tak rezonowała. Bo pokazywała, że można nie wrócić do domu. Że milicja nie była żadnym strażnikiem porządku, tylko uzbrojoną strukturą bezkarności. Zginął, bo nie pasował. Bo był nie z tego porządku. Bo milicjantowi się wydawało, że może. Zresztą nie tylko jemu. Wydawało się wszystkim, którzy czuli, że ich mundur to glejt na przemoc. Pamiętam też księdza Popiełuszkę, tego się nie da zapomnieć. Zwłaszcza kiedy dorasta się w domu, gdzie telewizor sączył wersję oficjalną, a bibuła wersję prawdziwą. I kiedy człowiek łapał się na tym, że prawda zawsze była przemycana – nigdy podana.
Czy się bałem? Pewnie. Ale bardziej wkurzało mnie to, że nikt się za nikim nie wstawia. To bolało, szczególnie kiedy człowiek dorastał w cieniu munduru – nawet jeśli to był zupełnie inny człowiek, zupełnie inny czas. W moim domu nikt nie usprawiedliwiał przemocy. Ale pęknięcie zostało. To nie była nienawiść. Raczej trudna świadomość, że struktura, która miała dawać bezpieczeństwo, może zabić przypadkiem. I że nikt za to nie odpowie, więc złość nosiłem pod skórą, głęboko. Z niej wybijały mnie treści z drugiego obiegu, które podawaliśmy sobie ukradkiem w szkole. Czasem i brat przyniósł coś do domu. Pamiętam te książki, gazety i rubrykę publikowaną na ostatniej stronie „Młodego Medyka”, która przyciągała naszą uwagę niekoniecznie ze względu na walory edukacyjne. Miały zapach atramentu i nielegalności, ale pachniały jak wolność i były tak samo pociągające. Nie chodziło o politykę, chodziło o oddech. O to, że w systemie można myśleć inaczej.

„Tu nie będzie rewolucji” 1984
Ale moja młodość nie była buntownicza. Nie chodziłem na demonstracje, nie rzucałem petardami. Raz może dwa, stałem gdzieś z boku, bardziej jako obserwator niż uczestnik, jakby za szybą. Byłem wtedy przekonany, że komunizm nie upadnie nigdy. Że tej rzeczywistości tak oblepionej beznadzieją, nie da się zrzucić – można ją co najwyżej przeczekać. Tyle że dorastałem w miejscu, które uczyło patrzeć krytycznie. I tak też patrzyłem. Nie mając wtedy pojęcia, że to wszystko – te rozmowy, napięcia, szkolne książki z pożółkłymi marginesami – stanie się moim paliwem. Że będę latami wracał do tej osobliwości, w której najbliżsi służyli państwu, któremu ja coraz mniej ufałem. To jednak nie był bunt, a raczej ferment. Coś się we mnie powoli przestawiało.
W liceum wciąż nie wiedziałem, kim chcę być. Przez moment myślałem, że może będę robił coś związanego ze sztuką. Przemykałem też gdzieś między książkami a myślą o medycynie. Ale bardziej niż ideologia interesowała mnie wtedy ucieczka. Z kraju, z PRL-u, aby wyślizgnąć się spod dłoni państwa, które nadal trzymało za gardło, choć już chwiało się na nogach. Rok ’89. Matura. Olbrzymi powiew wolności, którą się czuło. Ja zaś miałem wybór bez wyboru – studia albo przymus. Wojsko nie było żadnym obywatelskim przywilejem. Było instytucją, która ściągała z człowieka skórę warstwa po warstwie, aż zostawało tylko posłuszeństwo.
Myślałem więc o studiowaniu historii sztuki, ale tam było tylko kilkanaście miejsc na roku. Na historii – może czterdzieści. Na prawie zaś było ich już dwieście. Tam była luka w murze. Reytan przygotował mnie dobrze, dostałem się bez problemu. Ale gdy miałem w ręku indeks, nie czułem przyszłości. Czułem tylko, że może będzie czym oddychać. Nie chodziło o ambicję. Chodziło o to, żeby wyjść spod buta, zanim ten but zdepcze na dobre. Żeby złapać powietrze, choćby przez chwilę. Wtedy nawet paszport nie należał do mnie. Należał do państwa. Do systemu, który konał, ale wciąż był w stanie przytrzymać cię siłą i przypomnieć, kto tu decyduje.
„Czy tu się głowy ścina?” Siekiera

Studiując prawo, nie czułem się jak ktoś, kto przeszedł przez bramę wiodącą do wielkiego świata. Ale coś tam jednak kliknęło. Prawo okazało się mniej techniczne, niż się spodziewałem – bardziej ludzkie. Historia państwa i prawa, filozofia, socjologia – to były tropy, które zaczynały mnie interesować naprawdę. Nie miałem jeszcze języka, żeby to nazwać, ale coś we mnie zaczynało chłonąć ten porządek. Jak człowiek zderza się z systemem, co się z nim wtedy dzieje, kiedy prawo staje się narzędziem, a kiedy kagańcem.
Wtedy, po raz drugi, stanąłem przed wyborem. Tym razem aplikacji. Myślałem o adwokaturze, ale to był ten moment, gdy do palestry dostawało się w Warszawie czternaście osób. Czternaście – na całe miasto. Nie dostałem się. Zostały sąd i prokuratura. Obie mniej prestiżowe, budżetowe, skromne. Ale też bardziej realne.
Wcześniej, jeszcze w trakcie studiów, trafiłem na praktyki do sądu. Tam po raz pierwszy zobaczyłem, jak wygląda rzeczywistość wymiaru sprawiedliwości od środka. Żadna to była świątynia prawa. Raczej zawilgła poczekalnia historii. Budynek przy Solidarności miał obdrapane ściany, salki z krzywymi biurkami, maszyny do pisania, które nie nadążały za frustracją tych, co próbowali jeszcze w nich coś wystukać. Brak ludzi, brak światła, brak sensu. Starsi sędziowie marzyli o odejściu, młodsi o ucieczce. Wszystko trzymało się na słowo honoru – a i to już brzmiało podejrzanie. Przypominało to bardziej prowincjonalny dworzec PKS niż instytucję państwa prawa.
Ale właśnie w tej nędzy coś mnie zatrzymało. Coś mnie tam chwyciło. Może to, że nikt niczego nie udawał, a może to, że nawet w tym szarym systemie prawnym była szansa, by trzymać się jakiegoś kręgosłupa. Żeby próbować sądzić – nie sądzić się.
Złożyłem papiery. Dostałem się na aplikację prokuratorską i sędziowską. I znów – wybrałem sąd. Trochę dlatego, że wolałem stać z boku niż atakować. Nawet jeśli sędziowie nie nosili tóg jak z filmów, a raczej szare marynarki z cerowanymi łokciami, to wciąż byli – w tym całym chaosie – punktem odniesienia. Zasiadali za stołem, słuchali, decydowali. Zresztą może też dlatego, że ta decyzja nie była do końca wyborem, tylko znów ruchem bezpiecznym. Znów drogą, na której było więcej miejsca, mniej wyścigu, mniej pazura. Może to był kompleks, że nie dostałem się na adwokacką albo to było już przeczucie, że właśnie w tym miejscu, w tym sądzie, z jego niedomkniętymi drzwiami i przeżartymi przez czas aktami, będzie można jeszcze zachować jakiś sens.

Wtedy myślałem, że to będzie moje miejsce. Dopóki któregoś dnia nie stanąłem przed zamkniętymi drzwiami sali rozpraw, na której ktoś odczytywał zarzuty – na moje nazwisko…
Część druga klik…