Gdyby historia potoczyła się tylko odrobinę inaczej, stolicą kina byłby dziś Nowy Jork. Mało brakowało, by Hollywood pozostało jedynie sennym osiedlem dla milionerów, o którym nikt by nie usłyszał. Ale to miejsce od początku miało apetyt na główną rolę. Fabryka Snów postawiła na własny, odważny scenariusz – i wciąż, klatka po klatce, wyświetla nam swoją historię. Nie pozwalając, by na ekranie pojawił się napis: The End.
Wiosną 1886 roku kalifornijskie wzgórza, jak co roku, usłane były bujną, bogatą zielenią. U stóp przełęczy Cahuenga roztaczał się dziewiczy krajobraz pełen łąk mieniących się kolorami kwiatów, a także uginających się od owoców drzew pomarańczy i cytryn. Słychać tam było donośny śpiew ptaków i szeleszczące owady. Stojąc zaś na szczycie wzgórza, całości nadawał pocałunek kalifornijskiego palącego słońca. To właśnie ten widok natchnął rokującego bankiera i potentata nieruchomości, który przyprowadził tu swoją młodziutką żonę. Oboje w ciszy patrzyli na imponującą scenerię rozciągającej się krainy, gdy Hobart Johnstone Whitley głęboko nabrał świeżego powietrzado płuc, po czym odwrócił się do Gigi i z charakterystycznym sobie błyskiem w oczach powiedział:
— To jest to, do czego tęskniłem całe życie.
W pośpiechu wyjął z kieszeni notatnik i zaczął spisywać myśli, które biegały mu po głowie jak oszalałe. Mamrotał przy tym pod nosem, że zrobi z tego miejsca niezwykłą krainę. Snuł wizję, jak to wzgórze z widokiem na dolinę pełne będzie kremowych domów z czerwonymi dachówkami, położonych wśród wąskich, krętych uliczek. W jego myślach budowało się romantyczne miasto niczym Paryż i nowoczesne jak Nowy Jork, gdzie najpiękniejsze aleje przecinały pierzeje nowoczesnych budynków biurowych. Miasto miało być jednak synonimem luksusu i amerykańskiego snu.

H.J. miał wizję, bogate doświadczenie deweloperskie i majątek. Pozostało tylko kupić pierwsze pięćset akrów, narysować szybki szkic, aby utrwalić jego majestatyczną wizję. A była ona niezwykła. Miasto miało bowiem być klejnotem w koronie Whitley’a z bulwarem niczym magiczną oazą. Wabiące wzgórzami, morzem i wszechobecnym słońcem, niczym najpiękniejsza narzeczona, która robi piorunujące pierwsze wrażenie. Nie zdawał sobie prawdopodobnie wówczas sprawy, że ów klejnot stanie się najważniejszym miejscem na światowej mapie kina.
Hollywood
Whitley kupił wymarzoną ziemię z planami zbudowania luksusowego hotelu, do którego zjeżdżać się mieli potencjalni kupcy ziemi prestiżowej okolicy. Nadal nie było jednak oficjalnej nazwy, którą winno się wpisać w akt zakupu nieruchomości. Wieści o inwestycji dewelopera rozeszły się błyskawicznie, bowiem Whitley nabył ziemię od E. C. Hurda, którego żona przyjaźniła się z niejaką Daeidą Wilcox, żoną Harveya H. Wilcoxa, polityka i dewelopera, który niedawno przeprowadził się do Los Angeles z Kansas. Gdy ten usłyszał o planach Whitley’a, postanowił go ubiec i w sierpniu 1887 roku złożył w biurze hrabstwa Los Angeles ofertę sprzedaży ziemi o nazwie „Hollywood, California” wraz z mapą parceli.

Nikt jednak tak naprawdę nie wie, jak powstało „Hollywood”. Jedna z legend głosi, że w dniu, w którym Whitley snuł wielkie plany na wzgórzu, minął go ciągnący wózek Chińczyk. Mężczyzna ukłonił się bankierowi i na pytanie, czym się zajmuje, uprzejmie odpowiedział z charakterystycznym akcentem: „I am hauling wood”, co oznaczało „wiozę drewno”. W uszach Whitley’a owe zdanie wybrzmiało jednak jako nazwa Hollywood, która idealnie pasowałaby do tego miejsca, oddając w dodatku cześć jego rodzinnym korzeniom, gdzie odpowiednio słowo „holly” honorowało Anglię, a „wood”, czyli drewno, nawiązywałoby do szkockiego pochodzenia potentata. Inna legenda głosi natomiast, że nazwę wymyśliła Daeida Wilcox, przeinaczając miejscowość „Holly Canyon”, w której mieszkał jej przyjaciel. Pewne jest jednak, że to Wilcox po raz pierwszy użył nazwy oficjalnie, rejestrując ją w urzędzie.
Nowy Jork
Podczas gdy Whitley budował swój hotel w krainie marzeń na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, we wschodniej części kraju życie płynęło znacznie szybciej. Każdy, kto marzył o zrealizowaniu amerykańskiego snu, jechał do Nowego Jorku i tu próbował swoich sił. Mieszały się tu środowiska biznesu, sztuki i polityki. Marzenia realizowali tu także wchodzący artyści. Gdy w 1893 r. Thomas Alva Edison wynalazł i opatentował kamerę filmową oraz kinetoskop, miasto dodatkowo stało się mekką filmowców. Edison założył własne wytwórnie filmowe – Edison Company oraz Biograph Company – i szybko stał się monopolistą na filmowym rynku.

W jego studiach kręcono filmy sensacyjne, westerny i komedie, których projekcje cieszyły oko początkowo najbogatszych, a z czasem i szerszą rzeszę widzów w specjalnie wybudowanych około roku 1905 przez producenta kinoteatrach. Edison wiedział jednak, że konkurencja nie będzie długo spać, więc wpadł na pomysł zablokowania innych.
Sprytnie powołał do życia firmę Motion Picture Patents Company, która jako jedyna posiadała patent wynalazków Edisona. Powodowało to, że każdy, kto nie należał do stowarzyszenia, zmuszony był zapłacić niemałą daninę za użycie kamer. Gdy Edison liczył z charakterystycznym uśmieszkiem zielone dolary, które przynosił mu patentowy biznes, tuż pod jego nosem, w podziemiu, zaczęła się konspiracja twórców, którzy coraz liczniej zaczęli się buntować. Ich nielegalne produkcje miały jednak surowe konsekwencje, gdyż firma Edisona miała po swojej stronie policję, a także nie szczędziła środków na prywatnych detektywów. Dla wielu twórców jedynym rozwiązaniem było więc opuszczenie Nowego Jorku i znalezienie nowych lokalizacji zdjęciowych do filmów. Najlepiej takich, w których pogoda nie pokrzyżuje ekipie pracy. Wiecznie skąpane w słońcu Hollywood wydało się więc panaceum na ówczesne bolączki filmowców.
Hollywoodland

Gdy producenci wiedzeni doskonałymi warunkami zdjęciowymi zaczęli napływać do Hollywood w początkach XX w., miejscowość posiadała już własną pocztę, targowiska, Hollywood Hotel Whitley’a, budynki mieszkalne, luksusową dzielnicę Ocean View Tract oraz całkiem spory ruch uliczny. Miasto oficjalnie powstało w 1903 roku, a w 1910 roku połączyło się z Los Angeles. Doskonałe wręcz warunki do kręcenia filmów znaleźli tu początkowo niezależni producenci, ale wkrótce wieść o wolnym od monopolu Edisona miejscu rozeszła się po branży. Pierwszym filmem, który został ukończony w Hollywood, był „Hrabia Monte Christo” z 1908 roku, choć produkcja filmu rozpoczęła się jeszcze w Chicago. Pierwszym zaś zrealizowanym obrazem w całości w Hollywood był film krótkometrażowy z 1910 roku o tytule „In Old California”.
Rok później w mieście, które szybko okrzyknięto nowym sercem kina, powstało pierwsze studio filmowe na Sunset Boulevard. W 1912 roku swoje podwoje otworzyło studio filmowe Universal Pictures, a do 1915 roku Hollywood było już ważnym ośrodkiem filmowym, gdzie nie można było pozywać filmowców za naruszenie patentów. Ciepła, przewidywalna pogoda, a także zróżnicowany teren stanowiły idealne zaplecze filmowe.

W Nowym Jorku zaś nie działo się najlepiej. Działania Edisona zwróciły uwagę rządu federalnego USA, który rozwiązał MPPC i zlikwidował jego dwie wytwórnie filmowe. Filmowcy jednak nie chcieli już wracać na wschodnie wybrzeże, zwłaszcza że wytwórnie filmowe powstawały w Hollywood wręcz lawinowo. Paramount Pictures włączył się do gry na rynku w 1914 r., Warner Brothers w 1923 r., a MGM i Columbia Pictures rok później, w 1924 r.
Hollywood prosperowało również nie najgorzej w obszarze nieruchomości. Coraz więcej bogaczy szukało tu swoich nowych ekskluzywnych domów. Aby przyciągnąć nabywców do zakupu posiadłości w tej nowej ekskluzywnej dzielnicy, ówczesny wydawca Los Angeles Times i magnat rynku nieruchomości, Harry Chandler (prywatnie przyjaciel Whitley’a), zdecydował się na nietypową formę reklamy. Na jednym z wzgórz wzniósł gigantyczny napis „Hollywoodland”. Każda litera znaku była przymocowana do słupów telefonicznych, a całość oświetlało aż cztery tysiące żarówek.

Początkowo słynny znak miał stać na wzgórzu jedynie przez półtora roku, ale szybko stał się częścią kultury Hollywood i wręcz jego symbolem. Problem tkwił jednak w tym, że z racji na wcześniej zaplanowaną czasową ekspozycję znak wykonano z drewna, które zaczęło gnić, a metalowe spoiwa pokryły się rdzą. Wizytówka – za sprawą Wielkiego Kryzysu – do późnych lat 40. zamiast być atutem, stała się czymś, co odstraszało zarówno turystów, jak i budziło zniesmaczenie mieszkańców. Dawną świetność napis odzyskał około 1944 r., gdy obrzeża Los Angeles zostały odkupione przez miasto, a napis oddano do renowacji. Zdecydowano także, że końcówka „land” zostanie zlikwidowana, pozostawiając jedynie słynny dziś napis „Hollywood”. W 1978 r. drewniane napisy zostały zastąpione mniejszymi i stalowymi i w takiej formie zdobią wzgórze do dziś.
Głośno, ale bez głosu
Era, która przyniosła Hollywood i jego gwiazdom filmowym międzynarodowy prestiż, rozpoczęła się wraz z narodzinami kina niemego. Wówczas system studyjny zdominowały wytwórnie określane już jako „Wielka Piątka”. Były to studia Warner Bros., RKO, Fox, MGM i Paramount. Na rynku zaczynali liczyć się również mniejsi gracze, jak Columbia, Universal, United Artists, czy niezależni producenci jak Samuel Goldwyn, David O. Selznick, Walt Disney i Walter Wanger. Na ekranach kin zagościły zaś nowe gwiazdy jak Charlie Chaplin, Bracia Marx, Mary Pickford, Buster Keaton, Pola Negri, Rudolph Valentino czy Gloria Swanson. Rozwijała się technika samej realizacji filmu. Operatorzy nauczyli się wykorzystywać grę światła i cienia, a także stosować różne ujęcia kamery. W 1927 roku na ekranach pojawił się pierwszy film z dźwiękiem – „Śpiewak jazzbandu” z gwiazdą Alem Jolsonem w roli głównej. Powstała też Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej, która 16 maja 1929 roku wręczyła aktorom i twórcom pierwsze Oscary.

Magia kina niemego powoli odchodziła do lamusa, gdyż wraz z możliwością udźwiękowienia obrazu widzowie coraz mniej chętnie skłaniali się ku tej formie rozrywki. Ta filmowa rewolucja skończyła wiele hollywoodzkich karier m.in. Bustera Keatona, ale otworzyła nowe drzwi takim gatunkom jak westerny, musicale czy horrory. Gwiazdy kina błyszczały bardziej niż dotychczas, tworząc znane zjawisko celebrytów, czyli ludzi, których uwielbiano i masowo naśladowano.
Złota era
Lata 30. XX wieku były okresem szczytowym hollywoodzkiej Złotej Ery. Wytwórnie filmowe działały najprężniej, a wyprawa do kina dla wielu ludzi – nawet w czasach Wielkiego Kryzysu – była niezwykłą odskocznią od problemów normalności. Na ekranach kin triumfowały takie hity jak „Narodziny gwiazdy”, „Przeminęło z wiatrem”, „Dyliżans”, „Obywatel Kane”, „Czarnoksiężnik z Oz” czy „Wichrowe wzgórza”. Mimo trudnych gospodarczo czasów szacowało się, że do kin co tydzień przychodziło nawet 80 mln widzów. Jednak dostarczanie rozrywki widzom nie było jedyną działalnością Wielkiej Piątki. Podczas I wojny światowej i często pod presją i kierownictwem administracji prezydenta Woodrowa Wilsona, studia produkowały edukacyjne wojenne filmy propagandowe, w których występowali znani aktorzy.
Czasy II wojny światowej z kolei sprawiły, że prawdziwy rozkwit przeżywały komedie z udziałem komików takich jak Bud Abbott, Lou Costello, Bob Hope i Jack Benny. Widzowie docenili również kreskówki, słowem, wszystko, co pozwoliłoby zapomnieć o ponurej rzeczywistości, która znajdowała się poza salą kinową. Ale w Hollywood sprawy nie miały się dobrze. Sytuacja związana z wojną coraz bardziej negatywnie odbijała się na produkcjach filmowych. Coraz nowsze regulacje prawne zmuszały wytwórnie do cięcia kosztów, aż w 1948 roku Sąd Najwyższy USA orzekł, że studia filmowe nie mogą posiadać kin, które emitują tylko filmy własnej produkcji. Zmierzch Złotej Ery widniał na horyzoncie. Nowe prawo zmusiło wytwórnie do sprzedaży swoich kin i większej selektywności w stosunku do produkowanych przez nie filmów. Wkrótce producentów zaczął również obowiązywać kodeks Haysa, który narzucał zasady cenzury kina.

Gdy w latach 50. do amerykańskich domów wkroczyły odbiorniki TV, frekwencja w salach kinowych drastycznie spadła, a Złota Era skończyła się na zawsze. Coraz częściej słychać było też o cieniach Hollywood. Gwiazdy często nie umiały udźwignąć ciężaru sławy lub pogodzić się z jej końcem. Głośno było również o tym, że narkotyki i alkohol były stałym towarzyszem imprez w Hollywood i odebrały życie takim gwiazdom jak Marilyn Monroe, Judy Garland, czy Williamowi Holdenowi.
Tych czasów nie dożył jednak H.J. Whitley, który zmarł 3 czerwca 1931 roku w Whitley Park Country Club niedaleko Hollywood. Został pochowany na cmentarzu w Hollywood Memorial Park Cemetery, zaś na jego nagrobku napisano:
Ojciec Hollywood.
