The Editorial by CEOstyle

„Operowałem Grzegorza Przemyka po pobiciu. Potem usłyszałem: Marek, nie wracaj, ubecy już czekają”

Iwona Sobczak | 19 maja 2026

Szanowni Państwo, Drodzy Czytelnicy,

Z nieskrywanym wzruszeniem oddaję w Wasze ręce ten reportaż. Móc tak blisko być historii, stanąć ramię w ramię z prawdą o tamtych dniach to spełnienie największych marzeń każdego dziennikarza.

Choć historię Grzegorza Przemyka znają pokolenia, które wciąż pamiętają bestialstwo komunizmu, nam wszystkim, którzy żyjemy dziś w wolnej Polsce, nie wolno o niej zapomnieć. Właśnie dlatego publikuję ten tekst dokładnie w 43. rocznicę pogrzebu Grzegorza. Młodego człowieka, którym w tamtym maju mógł być każdy z nas.

Materiał powstał dzięki wyjątkowej rozmowie z dr. Markiem Bagniewskim, jednym z trzech chirurgów, którzy operowali Przemyka. Marku, dziękuję za to, że zgodziłeś się podzielić ze światem swoimi wspomnieniami.

Grzesiu, choć nie ma Cię z nami, ten reportaż dedykuję Tobie. Cytując Lecha Wałęsę – Twoja śmierć nie poszła na marne.

Iwona Sobczak

Redaktor Naczelna The Editorial

12 maja 1983 roku

To był czwartek, jeden z tych jaskrawych dni, które dawały nadzieję, że jest trochę lepiej, niż faktycznie było. Warszawa dusiła się w gęstym, majowym słońcu, które odbijało się od szyb brudnych Ikarusów, domów towarowych dzisiejszego pasażu Wiecha i szarych elewacji bloków. Stan wojenny był oficjalnie zawieszony, ale jego cień wciąż leżał na każdej ulicy, w każdej bramie i w oczach milicyjnych patroli, które wyrastały niemal na każdym rogu. Tysiące ludzi mijało je codziennie na chodnikach, przyspieszając kroku w drodze do kolejek po cokolwiek lub zwyczajnie przemykając do swoich spraw. Tego dnia, w tym tłumie, szła też grupka tegorocznych maturzystów. Wśród nich był Grzesiek. Miał osiemnaście lat, brązowe sztruksy i skórzane klapki na bosych stopach – uniform kogoś, kto właśnie poczuł, że najgorsze ma już za sobą. Egzaminy pisemne były tylko wspomnieniem, a na horyzoncie wakacje w Dębkach i zapach wolności, której nie dało się wtedy kupić na żadne kartki. Był głośny, bezczelnie radosny, pewny, że świat należy do niego. Tak jak i towarzyszący mu koledzy. W przypływie szczeniackiej euforii wskoczył koledze na barana pod kolumną Zygmunta, aż ich wspólny, głośny śmiech odbił się od murów kamienic Placu Zamkowego. Dla przechodniów był to tylko niewinny wygłup. Dla systemu, który bacznie dusił każdy przejaw normalności, była to zaś prowokacja, której nie należało puszczać płazem.

Kilka kilometrów dalej, w szpitalu na Solcu, czas płynął innym rytmem. W wyłożonych gumolitem korytarzach unosił się zapach lizolu, a ciszę przerywało jedynie echo drewniaków personelu. Doktor Marek Bagniewski wpisywał właśnie swoje nazwisko do grafiku. Ot, kolejny dyżur w kalendarzu chirurga, który nauczył się operować w świecie wiecznych braków – od sterylnych nici po prawdę w wieczornym wydaniu Dziennika Telewizyjnego. Mył ręce rutynowo i spokojnie, patrząc przez okno na to samo ostre słońce, które oświetlało plac Zamkowy. Tego czwartku żaden z nich nie wiedział jeszcze, że za kilka dni ich losy przetną się w sterylnym wnętrzu sali operacyjnej i życie zmieni się na zawsze…

Grzegorz Przemyk

Ten młody chłopak, który z taką bezczelną pewnością siebie deptał warszawskie chodniki, to Grzegorz Przemyk. Rocznik ’64. Za pięć dni miał skończyć 19 lat. Zaprosił już nawet przyjaciół na imprezę urodzinową. Większość to znajomi z XVII LO im. Frycza Modrzewskiego, którego właśnie stał się absolwentem.

Tamtego popołudnia w mieszkaniu na ulicy Hibnera (dzisiaj ul. Zgody) unosił się zapach majowego luzu i nieustającego papierosowego dymu. Grzesiek w wyśmienitym humorze świętował swój sukces. Historia i polski poszły mu świetnie, czuł więc, że droga na wymarzoną historię sztuki właściwie stała już przed nim otworem. Dołączyć do niego mieli koledzy: Igor, przyjaciel jeszcze z podstawówki, Kuba, który dopiero co wrócił z egzotycznej Nigerii, i Cezary, przyjaciel rodziny z Radomia. Igor skoczył jeszcze po wino. Butelki postawił w pokoju matki Grześka, Barbary Sadowskiej, co nie umknęło uwadze Hanny Staszkowskiej – starszej pani, sanitariuszki z Powstania Warszawskiego, która wpadła w odwiedziny. Mieszczące się na jedenastym piętrze mieszkanie nr 94 nie było zwykłym adresem, a centrum, do którego zawijała cała warszawska bohema

Grzesiek dorastał w cieniu rewizji i konspiracji, przez co — jak mawiała matka, opozycyjna poetka Barbara Sadowska — wychowywał się sam. Był też inny niż jego rówieśnicy. Miał w sobie tę specyficzną jasną energię, która skutecznie zrywała z szarością PRL-u. Podobnie jak jego twórczość czy to na klawiszach pianina, gryfie gitary czy w poezji, która często popychała go w literacki ekshibicjonizm. Wtedy świat zewnętrzny – ten pełen milicyjnych suk i składanej bibuły, ukrytej w szafkach – przestawał istnieć. Można było rzec, że był uosobieniem wszystkiego, czego tamten system nienawidził: wolności, której nie dawało się złamać, i radości, której nie dało się zadekretować.

Aż do tego dnia, gdy zaledwie kilka godzin później Grzegorz Przemyk stał się kolejnym, niewygodnym nazwiskiem w aktach…

Dr Marek Bagniewski

Od Grześka starszy był zaledwie o dekadę, ale w tamtych czasach dziesięć lat stanowiło całą epokę. Dorastał w tej samej Warszawie, która nie wybaczała naiwności, kończąc XI Liceum im. Mikołaja Reja – szkołę, do której niedługo po nim trafił Emil Barchański, rówieśnik Przemyka, wyłowiony z Wisły w 1982 r. po „styczności” z SB. Losy warszawskiej młodzieży tamtego okresu naznaczone były bowiem brutalnością i niesprawiedliwością, niezależnie od tego, czy ktoś nosił w kieszeni ulotki, czy marzył o białym fartuchu.

Emil Barchański/Fot.IPN

Tym drugim był właśnie Bagniewski. Choć marzył o medycynie, za pierwszym razem jedynie odbił się od drzwi uczelni. Oficjalnie zabrakło mu dwóch punktów, nieoficjalnie – wszyscy wiedzieli, że dzieci partyjnych dygnitarzy wchodziły bez kolejki, zajmując miejsca tym zdolniejszym bez „pleców”. Zanim jednak dopiął swego, trafił do nieistniejącego już Instytutu Hematologii przy Chocimskiej na etat jako salowy.

Chirurgia na Chocimskiej była wtedy szkołą przetrwania. Operowano tam ludzi z białaczkami i nowotworami krwi, gdzie każdy ruch skalpela musiał być precyzyjny do granic możliwości. Marek jako młody chłopak, głównie wynosił śmieci i medyczne odpady, ale każda chwila spędzona na sali operacyjnej była dla niego lekcją pokory. Patrząc na skomplikowane zabiegi, utwierdził się w przekonaniu, że warto walczyć o indeks. Wiedział, że medycyna to nie tylko prestiż, ale przede wszystkim rzemiosło ratowania życia w warunkach, w których margines błędu był bliski zeru. Zwłaszcza w tych czasach, gdzie milicyjna pałka była w powszechnym użyciu…

Cezary Filozof

Pod kościół św. Anny, wciąż jeszcze jasnym popołudniem, podjechali autobusem. Miasto tego dnia nie należało jednak do nich. Na placu Zamkowym i w wąskich gardłach staromiejskich uliczek – przy bazylice Jana Chrzciciela i na Rynku – mundury i cywilne płaszcze tajniaków tworzyły gęstą sieć, w którą nikt nie chciał wpaść. Mieli dołączyć do kolegów, lecz ich nie znaleźli, więc snuli się bez celu za to w wyśmienitych humorach. Szczeniacka głupawka udzieliła się najbardziej Grześkowi. Znienacka wskoczył chudemu jak patyk Czarkowi na plecy, po czym obaj runęli na bruk w salwie śmiechu.

Chwilę później wyrósł nad nimi Ireneusz Kościuk – szeregowy ZOMO, chłopak niemal w ich wieku, w którego oczach próżno było szukać jednak radości. Ba, nie było w nich życia. Potem wszystko wyglądało jak klatki w filmie. Szarpnięcie za rękaw, szczekliwe żądanie okazania dowodu osobistego. Grzesiek śmiejący się funkcjonariuszowi w twarz, że nie ma, bo przecież nie musi nosić. Wtedy czas gwałtownie przyspieszył, a świat skurczył się do rozmiarów milicyjnej nyski, która, hamując z piskiem opon, wyrosła za ich plecami. Czarek patrzył z przerażeniem, jak milicjant pcha Grześka w stronę otwartych drzwi. Widział, jak przyjaciel zapiera się rękami, stawiając instynktowny, młodzieńczy opór. I widział też pałkę, która raz po raz opadała na plecy Grześka, dopóki ten nie zniknął w ciemnym wnętrzu radiowozu. Filozof bez zastanowienia wskoczył do środka suki w ostatniej chwili, zanim drzwi zatrzasnęły się z hukiem, odcinając ich od słońca. Radiowóz szybko zniknął za rogiem w kierunku komisariatu Jezuickiej, zostawiając na placu parę skórzanych klapek Grześka i oszołomionych kolegów.

Chwilę później pod mury komisariatu dobiegł Kuba. Usłyszał tylko, jak z głębi budynku dobiegał dziki, nieludzki skowyt przyjaciela. Biją go! Ta myśl odbiła się już tylko w ciszy od zimnych ścian żółtego dziedzińca, paraliżując strachem, który nie pozwalał zrobić mu ani kroku w stronę drzwi. A za nimi właśnie dusiło się młode życie. Filozof siłą odsunięty od Przemyka słyszał jeszcze, jak milicjanci mówili: “tylko bij tak, żeby nie było śladów”. Całość trwa może kilkanaście minut, ale Grzegorz nie jest już sobą, więc trzeba było się go zręcznie pozbyć.

Miejsce, w którym znajdował się komisariat na Jezuickiej 1/3. Fot. Wikipedia

Karetka pod komisariat na Jezuickiej podjechała około siedemnastej, przebijając się przez popołudniowy marazm Warszawy.

To jakiś wariat – rzucają krótko do kierowcy milicjanci. Faktycznie, w dokumentach, które trafiają do rąk sanitariuszy, widnieje sucha adnotacja dyspozytora: „psychiczny”. Pod szpitalem na Hożej Przemyk jest już tylko cieniem samego siebie. Nie reaguje na bodźce, nie ma siły, by wyjść z samochodu. Sanitariusze Szyzdek i Wysocki wzięli go więc pod ramiona i zawlekli bezwładne ciało przez hol i windę na pierwsze piętro. Tam czekał już psychiatra Paweł Willmann, wyraźnie zirytowany faktem, że po raz kolejny zaserwowano mu nieprzytomnego pacjenta. W gabinecie w końcu zjawia się też zdyszany Czarek. Próbuje krzyczeć, tłumaczyć, że Grześka pobito. Ale Willmann nie słuchał. Bez mrugnięcia okiem gryzmolił przy skierowaniu na Nowowiejską do oddziału psychiatrycznego.

Tam mu zrobią płukanie żołądka i stanie na nogi – rzucił protekcjonalnie, ignorując desperackie zapewnienia Czarka, że to nie żadne zatrucie…

Barbara Sadowska

Dla komunistycznej władzy stanowiła ucieleśnienie niepokornego ducha Warszawy. Urodziła się w Paryżu, dokąd losy rzuciły jej rodzinę. Do Polski przyjechała tuż po wojnie, niosąc w sobie silny gen sprzeciwu wobec opresji. Po wybuchu stanu wojennego w 1981 roku stała się sercem komitetu pomocy w klasztorze na Piwnej, gdzie karmiła i ratowała rodziny internowanych oraz zajmowała się wszystkim, co akurat trzeba było zrobić. Z czasem i ona stała się dla bezpieki celem. Ale że słowem nie dało się jej złamać, wybrano siłę. Kilka miesięcy wcześniej usłyszała od funkcjonariuszy: “Was, Sadowska, nie możemy ruszyć, ale syna wam załatwimy”. Sądziła, że może chodzi o to, że Grześ zostanie wzięty do wojska albo utrudnią mu dostanie się na studia.

Barbara Sadowska z 1982 r./Fot. IPN

Na kilka dni przed 12 maja „nieznani sprawcy” napadli jednak na klasztor na Piwnej i złamali jej rękę. Przez gips miała dość ograniczone ruchy, więc w codziennych sprawunkach pomagał Grzesiek. Kiedy zjawia się w szpitalu na Hożej, jej syn wymiotuje już krwią. Na wieść o tym, że chcą go odesłać do szpitala psychiatrycznego, po raz pierwszy poczuła, jak narasta w niej lęk.

Wiem, w jaki sposób traktowani są chorzy psychicznie i jakim zabiegom są poddawani. Gdyby mój pobity syn został poddany takim zabiegom, spowodowałoby to nieodwracalne skutki. Sądziłam, że wydobrzeje w domu po pobiciu i będzie mógł przystąpić do dalszych egzaminów, co byłoby niemożliwe, gdyby został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym – tłumaczyła potem w wywiadach.

Zabrała go więc do domu, na własną prośbę. Tam Grześ przepraszał ją jeszcze, za to, że nie zdążył uprać jej spódniczki na następny dzień. Wiedział, że matka nie zdoła zrobić tego sama. Nie przypuszczali, że to będzie jedna z ich ostatnich rozmów…

Dr Marek Bagniewski

Tego dnia miał nie mieć dyżuru. – W tym szpitalu pracowało wtedy bardzo wielu młodych lekarzy, ludzi z jednego rocznika studiów – wspomina po latach dr Bagniewski. – Wszyscy bardzo dobrze się znaliśmy, kumplowaliśmy się, atmosfera była naprawdę fantastyczna, choć czasy wokół były przecież straszne. Koleżanka poprosiła mnie o przysługę, bo miała iść na jakiś ślub czy coś w tym stylu. Oczywiście zgodziłem się i zostałem za nią na dyżurze. Wtedy go przywieźli.

Bagniewski pamięta tylko tyle, że na izbę przyjęć trafił osiemnastoletni chłopak w ciężkim stanie. Za oknem wciąż był długi, majowy dzień, bo było jeszcze całkiem widno. Osobiście przyjmuje młodego pacjenta.

Był bardzo blady, znajdował się w głębokim wstrząsie – opowiada chirurg. – Ale był przytomny. Można było z nim normalnie rozmawiać. Wyraźnie powiedział mi wtedy, gdzie go zatrzymali oraz jak go bili i kopali. Wszystko to potem, słowo w słowo, zapisałem w jego karcie chorobowej.

Chłopak dostaje kroplówki i silne leki przeciwbólowe, ale jego stan pogarsza się z minuty na minutę. Młodzi lekarze badają nienaturalnie napięty brzuch i podświadomie odwlekają moment nacięcia, przerażeni stanem maturzysty.

Widzieliśmy, że jest bardzo źle. Wszyscy potwornie baliśmy się go operować, obawialiśmy się, że umrze nam na stole – mówi otwarcie dr Bagniewski. – W końcu jednak nie było już żadnego wyjścia, ale nawet w tamtym momencie, jak szedł do niego anestezjolog, lekarze pytali go, jak się nazywa – wspomina. – Jeden z nich zwrócił się do niego: „Przemku”. A on od razu go poprawił i powiedział: „Nie jestem Przemek, tylko Przemyk, i to moje nazwisko, a nie imię”. Był kompletnie koherentny i w pełni świadomy, mimo że od pobicia minęła już ponad doba.

Gdy o dwudziestej trzeciej wwożą Grześka na blok, nad Warszawą panuje już głęboka noc. Operację prowadzi dr Leszek Karpiński, asystują mu Filip Grzejszczyk i właśnie Marek Bagniewski. Kwadrans po północy skalpel rozcina skórę i lekarze dostają się do jamy otrzewnowej. W tym momencie w sali zamierają wszyscy. Jelita osiemnastolatka są poszarpane i podziurawione w tak wielu miejscach, że przypominają durszlak.

Najchętniej bym teraz zemdlał – rzuca cicho do pielęgniarki wstrząśnięty dr Karpiński. Każdy, kto był obecny na sali, wiedział, że medycyna wobec obrażeń Przemyka jest całkowicie bezradna. Chłopiec nie ma żadnych szans, aby przeżyć.

Widzieliśmy przecież dużo operacji, wiele przypadków: wypadki kolejowe, samochodowe, ale taki stan wiedzieliśmy pierwszy raz. Tych obrażeń było tak dużo, że fizycznie nie dało się nic zrobić. Narządy całe popękane. Nie wyobrażałem sobie, że można zrobić komuś coś takiego. Totalna masakra, a to było przecież jeszcze dziecko – dodaje po latach dr Bagniewski.

Znajomi z Piwnej

Gdy chirurdzy odkładają narzędzia, jest już środek nocy. Na korytarzu w półmroku czekają bliscy chłopaka – matka i jej koleżanka, dr Ligia Urniaż-Grabowska. Lekarze rozpoznają w nich znajome twarze. Dla Marka Bagniewskiego i Filipa Grzejszczyka, szpitalny korytarz nagle stał się bolesnym przedłużeniem świata z Piwnej. Młodzi chirurdzy także po godzinach działali w sekcji medycznej Prymasowskiego Komitetu Pomocy w klasztorze. To właśnie tam poznali Barbarę Sadowską i jej przyjaciół.

Komitet na Piwnej

W latach 1982–1983 stanowiliśmy grupę ludzi chcących nieść pomoc tym najbardziej potrzebującym – ludziom uwięzionym za swoje przekonania i ich rodzinom – opowiada dr Bagniewski. – Sortowaliśmy tam leki, dary z Francji, Anglii czy Belgii, które następnie pakowaliśmy w paczki wysyłane do więzień. Prowadziliśmy też aptekę. Sytuacja lekowa w kraju była wtedy tragiczna. Brakowało wszystkiego, ale nie przypominam sobie, abyśmy kiedykolwiek odmówili wydania leku, choć pewnie niektóre z nich ktoś potem chciał sprzedać za grube pieniądze na bazarze Różyckiego.

Typowo kliniczne leki i środki medyczne młodzi lekarze zabierali ze sobą na Solec. – W tej chwili trudno już zliczyć, ilu chorych operowaliśmy porządnymi rękawiczkami z Francji czy Niemiec, ilu pacjentów cewnikowano darowanymi cewnikami – wspomina lekarz. – Część leków odsyłaliśmy też do innych punktów. Sam kilkakrotnie zawiozłem samochód pełen lekarstw na Bonifraterską czy do księdza Jerzego Popiełuszki na Żoliborz.

Teraz, w ten majowy środek nocy, te dwa światy zderzyły się ze sobą w najstraszniejszy sposób. Młodzi chirurdzy, którzy zagranicznymi rękawiczkami z Piwnej uratowali tylu chorych, przed chwilą musieli zamknąć brzuch syna swojej koleżanki, bezradni wobec milicyjnego bestialstwa…

14 maja 1983 roku

O trzeciej piętnaście nad ranem pielęgniarki przewiozły nieprzytomnego Grześka na oddział intensywnej opieki medycznej. Został podłączony do aparatury podtrzymującej życie. Na jego brzuchu widniała długa paskowana pręga. To zszyta rana, z której nadal wystawały wenflony i sączki, starannie przyklejone bandażami. O tym, że chłopiec wciąż oddycha, świadczyła tylko rytmicznie migająca kropka na monitorze. Wokół łóżka trwał zaś cichy dramat bliskich i lekarzy, którzy w potwornym napięciu oczekiwali na to, co nieuchronne.

On po operacji już się nie wybudził – opowiada dr Bagniewski. – Na korytarzu cały czas była jego matka. Dla nas to była absolutna katastrofa. Basia widziała, że skoro my tam jesteśmy, to Grzegorz otrzyma najlepszą możliwą pomoc. To dodawało jej otuchy. Była spokojna i niesamowicie zdyscyplinowana. Myślę, że do końca wierzyła, iż ten zły sen zaraz się skończy, a Grześ po prostu wstanie i pójdzie z nią do domu. Nie chciała przeszkadzać nam lekarzom, szanowała nasz trud i za każdym razem potulnie wychodziła za drzwi, kiedy trzeba było wykonać jakiś zabieg. Wszyscy potwornie baliśmy się powiedzieć jej prawdę, choć czas do końca odmierzała już wyłącznie aparatura – wspomina chirurg.

Pod koniec dyżuru Bagniewskiego i Grzejszczyka po szpitalu krąży plotka, że pojawiły się już służby. Lekarze wiedzą, że SB sprawę będzie chciało wyciszyć.

Doskonale pamiętam ten strach, że zaraz przejmą historię choroby i wszystko zatuszują. Żeby do tego nie dopuścić, schowaliśmy się z Filipem w szpitalnej toalecie. Siedząc tam w ukryciu, naprędce dopisywaliśmy do karty pacjenta kolejne szczegóły z izby przyjęć. Opisywaliśmy tam znacznie więcej niż się pisze normalnie w takich dokumentach. Dokładnie to, co Grzegorz sam nam zdążył powiedzieć: gdzie go bili, jak go bili, jak go kopali, czy robił to jeden, czy pięciu milicjantów. Chcieliśmy, żeby w papierach, które zaraz wpadną w ręce bezpieki, został czarno na białym niezbywalny dowód ich zbrodni – opowiada dr Bagniewski.

Gdy kończą dyżur, Grzesiek żyje już tylko według wskazań maszyn. To wyłącznie urzędowe życie. O dwunastej czterdzieści jego serce się zatrzymuje. Lekarze ruszają do reanimacji: masaż, zastrzyki, sztuczne oddychanie. Dramatyczna walka o każdy oddech trwała trzydzieści pięć minut. Bezskutecznie. O trzynastej piętnaście lekarze ostatecznie odchodzą od jego łóżka. W rubryce „przyczyny śmierci” wpisują suchą, medyczną prawdę: tępy uraz brzucha, rozlane kałowe zapalenie otrzewnej, przedziurawienie wstępnicy, wstrząs, niewydolność krążeniowo-oddechowa. W rubryce „wywiad” pojawia się najgroźniejsze dla systemu zdanie: „pobity przez funkcjonariuszy MO

17 maja 1983 roku

Trzy dni po tym, jak na Solcu zatrzymała się kropka na monitorze. Grzesiek miał obchodzić swoje dziewiętnaste urodziny. Mieszkanie na Hibnera, zamiast radosnego gwaru przyjaciół, tortu i nastawionej głośno muzyki, spowiła jednak paraliżująca cisza, od czasu do czasu przerywana szeptanymi rozmowami. Nie było imprezy, nie było toastów za zdaną maturę i wymarzoną historię sztuki. Zamiast dorosłego życia, Grzegorz Przemyk był już tylko kolejnym nazwiskiem na liście ofiar systemu, a jego matka urodzinowy prezent — wymarzoną zapalniczkę Ronsona — wkładała synowi do trumny. Ubrała go w jego ulubione brązowe sztruksy, szarą koszulę i trapery – te same, w których po maturze miał wyruszyć w wymarzoną podróż swojego życia.

Wieść o śmierci osiemnastolatka rozchodzi się z prędkością błyskawicy już nie tylko po Warszawie, ale i po całym kraju. Władze natychmiast uruchomiły machinę propagandową, próbując za wszelką cenę zrzucić winę na sanitariuszy i samych chłopców. W oficjalnej prasie, na łamach „Życia Warszawy”, pojawiły się pierwsze, zmanipulowane komunikaty. System próbował ludziom wmówić, że milicjanci zatrzymali na placu Zamkowym dwóch „agresywnych, pijanych i awanturujących się młodych ludzi”. Według oficjalnej wersji to rzekomo agresywne zachowanie Grześka zmusiło funkcjonariuszy do wezwania pogotowia, a chłopak miał ucierpieć już w samej karetce, gdzie załoga musiała użyć siły, żeby go w ogóle uspokoić. Kłamstwo systemu było jednak dopiero początkiem operacji tuszowania zbrodni. Skoro winna nie mogła być milicja, władza musiała wyreżyserować inną wersję wydarzeń, w której kluczową rolę mieli odegrać ludzie w białych fartuchach.

Wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że oni na gwałt szukali jakiegoś kozła ofiarnego – podsumowuje po latach dr Bagniewski. – I znaleźli tych sanitariuszy, lekarkę Barbarę Makowską-Witkowską, która Bogu ducha winna przesiedziała potem w więzieniu trzynaście miesięcy. Bo z tego było im najprościej uszyć jakąś wygodną historię. Żadnego z nas, żadnego z lekarzy operujących czy personelu czuwającego tamtej nocy przy Grześku jednak nie wezwali na żadne przesłuchanie. Tak jakby to była zupełnie normalna, rutynowa sprawa. Po prostu zabrali tę całą dokumentację ze szpitala i zniknęli.

Młodzi chirurdzy z Solca przewidzieli jednak ten scenariusz i bez zastanowienia postanowili działać, zanim ubecja całkowicie wymaże prawdę o tamtej nocy.

Pamiętam, że w tamtych czasach w Polsce pracował Tim Sebastian, słynny komentator BBC – wspomina chirurg. – Współpracował z nim młody Karol Małcużyński, syn znanego dziennikarza, który również był publicystą. Także pracował dla londyńskiego BBC. Udało nam się jakoś z nim skontaktować. Chcieliśmy natychmiast powiadomić zagranicznych dziennikarzy, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Potwornie baliśmy się, że te dokumenty, które tak gorączkowo dopisywaliśmy w szpitalnej toalecie, po prostu znikną. I się nie myliliśmy. Do dziś nie mam zielonego pojęcia, co się z tamtą dokumentacją stało i czy jej po drodze nie podmienili. Poinformowanie świata było więc naszym jedynym ubezpieczeniem.

19 maja 1983 roku

Godzina trzynasta trzydzieści. Żoliborz, kościół Świętego Stanisława Kostki. Świat już wie. Nie przypadkiem pogrzeb zaplanowano w sercu warszawskiego buntu, gdzie na mszach księdza Jerzego Popiełuszki od miesięcy gęstniał tłum. Tego dnia jednak powietrze było inne. Ciężkie, parne, przesiąknięte gniewem – według ostrożnych szacunków zagranicznych dziennikarzy – dwudziestu tysięcy ludzi, próbujących utrzymać go za zaciśniętymi zębami. Nadszedł dzień, w którym Warszawa miała milcząco policzyć się z systemem.

To największa manifestacja Solidarności w stolicy od siedemnastu miesięcy, odkąd wprowadzono stan wojenny” – odnotował John Kifner, korespondent „International Herald Tribune”, patrząc na morze głów zalewające żoliborskie ulice. Ludzi jest jednak więcej. Potem okaże się, że na wieczne spoczywanie osiemnastolatka skatowanego przez władzę przyszło ich blisko sześćdziesiąt tysięcy. Wewnątrz kościoła, w pierwszej ławce Barbara Sadowska. Siedzi nieruchomo, z dłońmi splecionymi na podołku jasnoniebieskiej spódnicy. Obok niej, w czerwonej koszuli, wspomnień kurczowo trzyma się Marzena, ukochana dziewczyna Grześka.

Od prawej: Marzena Urban, Barbara Sadowska, Leopold Przemyk

Wysoki mężczyzna w garniturze to zaś Leopold Przemyk, ojciec, z którym chłopak miał dobre stosunki. Choć mszę celebruje biskup Miziołek, nad ołtarzem unosi się magnetyczny, spokojny głos gospodarza tego miejsca. Ksiądz Jerzy Popiełuszko podchodzi do mikrofonu przed i po nabożeństwie, powtarzając słowa, które brzmią jak rozkaz dla podziemnej armii:

Na cmentarz idziemy w milczeniu. Żadnych śpiewów. Żadnych okrzyków. Kto złamie tę umowę, ten jest prowokatorem.”

W pewnym momencie ksiądz Dembowski rozwija kartkę. W murach kościoła rozbrzmiewa treść telefonogramu, który przed chwilą dotarł do rąk Basi od ukrywającego się przywódcy zakazanej Solidarności: „Zapewniam panią – pisał do Sadowskiej Lech Wałęsa – że ofiara ta nie będzie daremna”. Tylko Cezarego Filozofa brak. Chłopak, który jako jedyny widział twarze oprawców z Jezuickiej i zna prawdę, od kilku dni jest najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Polsce. Tropi go cała milicja oraz Służba Bezpieczeństwa, gotowa na wszystko, by uciszyć jedynego świadka tej zbrodni. Akcją ukrywania chłopaka od początku kieruje zresztą sam ksiądz Popiełuszko.

Pogrzeb Grzegorza Przemyka/ Fot. Wikipedia

Około piętnastej koledzy Grześka biorą na ramiona jego ciężką, drewnianą trumnę i powoli wynoszą ją z kościoła. Milczący kondukt rusza ulicą Krasińskiego. Na przedzie niosą drewniany krzyż. Tuż za nim wraz z tłumem płynie trumna, a zaraz za nią, krok w krok, idzie Barbara Sadowska, z twarzą zastygniętą w bólu niczym ikonograficzna Stabat Mater Dolorosa, podążająca na drogę krzyżową.

A potem już las wyciągniętych ku górze rąk, których palce ułożone są w kształt litery „V”. W tym wielotysięcznym morzu głów, gdzieś z tyłu, idą też lekarze z Solca.

Nie byłem blisko trumny, bo przecież nie należałem do rodziny, w jakimś sensie byliśmy dla niej ludźmi obcymi, a nie bliskimi – wspomina dr Bagniewski. – Po prostu poszedłem. I nie tylko ja, bo ze szpitala ruszyła cała grupa personelu. Myślę, że Filip też był. Co do Leszka, nie mam pewności, ale chyba tak, bo liczni lekarze od nas też przyszli. Wtopiliśmy się w ten tłum, szliśmy gdzieś z boku. Od początku było wiadomo, że będzie to potężna manifestacja. Znaliśmy przecież moc jednoczenia księdza Popiełuszki. My też wszem i wobec, gdzie tylko się dało, głosiliśmy przecież prawdę o tym, co stało się w szpitalu, więc wieść się rozniosła. To pewnie też ściągnęło wielu ludzi.

Po dwóch godzinach marszu czoło konduktu dociera pod czwartą bramę cmentarza Powązkowskiego. Tam czekają już tysiące tych, którzy nie zmieścili się na Żoliborzu. Ścisk staje się tak potworny, że tylko nielicznym udaje się przecisnąć przez bramę i wejść głębiej, rozlewając się po wąskich, zacienionych alejkach Powązek. Przy grobie staje najbliższy krąg: matka, ksiądz Jerzy Popiełuszko, nauczyciele z „Modrzewskiego” i cała klasa IVa. Nad otwartą mogiłą padają pierwsze przemówienia, ale to słowa zapłakanej wychowawczyni Grześka na zawsze pozostaną w pamięci stojących wokół żałobników:

Szkoda, że jednego, Grzesiu, nie zdążyłam cię nauczyć… Żebyś był przygotowany na spotkanie z brutalnością życia

Iwona Sobczak

Fot. Wikipedia

EPILOG

Sprawa zabójstwa Grzegorza Przemyka do dziś pozostaje jedną z największych porażek w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Komunistyczny aparat bezpieczeństwa od pierwszych godzin realizował precyzyjny plan zatuszowania milicyjnej zbrodni. W oficjalnych raportach i mediach bezwzględnie niszczono wizerunek ofiary i jej bliskich – Barbarę Sadowską piętnowano jako „alkoholiczkę”, a jedynego świadka, Cezarego Filozofa, przedstawiano jako „narkomana z marginesu społecznego”.

W wyreżyserowanym przez władze procesie w 1984 roku po wymuszeniu fałszywych zeznań skazano dwóch sanitariuszy oraz lekarkę Barbarę Makowską-Witkowską. Milicjanci z placu Zamkowego i komisariatu – Ireneusz Kościuk, Bogusław Bik oraz dyżurny Arkadiusz Denkiewicz – ostatecznie uniknęli realnej kary.  Zostali całkowicie oczyszczeni z zarzutów. Czesław Kiszczak zaś przyznał nagrody pieniężne funkcjonariuszom MSW za „ujawnienia wobec opinii publicznej rzeczywistej prawdy”

Po upadku komunizmu w 1989 roku zasądzone wyroki uchylono. Procesy w wolnej Polsce trwały ponad dwie dekady i zakończyły się przedawnieniem. 17 września 2013 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wydał jednoznaczny wyrok. ETPCz orzekł, że polskie organy ścigania naruszyły Europejską Konwencję Praw Człowieka, prowadząc postępowanie rażąco opieszale, co doprowadziło do przedawnienia i ucieczki winnych przed odpowiedzialnością karną.

Tragicznie potoczyły się również losy osób, które walczyły o prawdę. Ksiądz Jerzy Popiełuszko, który chronił jedynego świadka i prowadził pogrzebowy pochód, niespełna półtora roku później stał się kolejną ofiarą systemu – 19 października 1984 roku został porwany i brutalnie zamordowany przez SB.

Barbara Sadowska, złamana stratą syna i nagonką władz, zmarła na raka płuc 1 października 1986 roku.

Konsekwencje dotknęły też dr. Bagniewskiego. Zarówno on, jak i cały personel medyczny z Solca złożyli w sądzie zeznania zgodne z prawdą. Niedługo potem chirurg wraz z rodziną – ku zaskoczeniu – otrzymał paszporty i wyjechał na staż do Londynu. Gdy na miejscu dowiedział się, że reżimowy dziennikarz Wiesław Górnicki krąży po zachodnich mediach, kłamliwie twierdząc, że morderstwa nie było, został poproszony o zabranie głosu przed brytyjskim parlamentem. Zrobił to bez wahania.

– Powiedziałem wszystko o Przemyku i to poszło w eter – wspomina dr Bagniewski. – Reakcja w kraju była natychmiastowa. Następnego dnia SB wkroczyło do szpitala i zabrało moje dokumenty. Chwilę po tym zadzwoniła do mnie sekretarka dyrektora:

– Marek, nie wracaj. Oni na Ciebie czekają. Zostaniesz od razu aresztowany – powiedziała. Nie wróciłem. Do Polski ponownie przyjechałem dopiero w latach 90. Taka była cena mojej prawdy…

Grzegorz Przemyk pochowany jest na warszawskim Cmentarzu Powązki, kwatera 100-1-10.

Fot. Wikipedia

Bibliografia i materiały źródłowe:

  • Materiał unikalny: Autorski, niepublikowany wywiad z dr. Markiem Bagniewskim, przeprowadzony przez autorkę.
  • Literatura:
  • Cezary Łazarewicz, „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”, Wydawnictwo Czarne, 2016 (rekonstrukcja przebiegu niektórych wydarzeń z udziałem przyjaciół G. Przemyka).
  • Władysław Rodowicz, „Komitet na Piwnej. Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom 1982–1989”.
  • Archiwalia i dokumenty wideo:
  • Wywiad z Barbarą Sadowską (Archiwum i rejestracja: Jacek Fedorowicz, 1983).
  • Materiały prasowe i internetowe:
  • Serwis PAP: „Mieli bić tak, żeby nie było śladów…” (relacje z procesów).
  • Portal Interia: „Ocalić od zapomnienia młodego poetę”.
  • Dokumentacja otwarta: Encyklopedia Wikipedia (biogramy G. Przemyka, E. Barchańskiego, A. Denkiewicza).

Zobacz także: