Niezniszczalny, niepokonany i zabójczo przystojny. Od ponad 70 lat James Bond pozostaje absolutnym numerem jeden wśród agentów Jej Królewskiej Mości. Mężczyźni chcą być tacy jak on, a kobiety marzą, by mieć u boku kogoś podobnego. I choć jego misje wydają się czystą fikcją, w rzeczywistości większość z nich miała swoje źródło w życiu człowieka, który go stworzył — Iana Fleminga. Być może właśnie dlatego Bond do dziś działa na wyobraźnię mocniej niż większość współczesnych bohaterów kina akcji.
Wszystko zaczęło się pewnego upalnego popołudnia na Jamajce. 17 lutego 1952 roku Ian Fleming, były oficer brytyjskiego wywiadu, usiadł przed maszyną do pisania w swojej posiadłości o nazwie „Goldeneye”. Z dynamiką karabinu maszynowego zaczął uderzać w klawisze, aż słowa same ułożyły się w bezwzględną intrygę. Po kilku godzinach miał już dwa tysiące słów, a po sześciu tygodniach wyciągnął z maszyny ostatni arkusz. Tak narodził się James Bond.

Tak rozpoczęła się historia „Casino Royale” — pierwszej z dwunastu powieści o agencie 007, która ostatecznie ukazała się w druku 13 kwietnia 1953 roku. Fleming stworzył bohatera, który miał wszystko, czego brakowało zwykłym ludziom: pieniądze, władzę, zimną krew, zjawiskowo piękne kobiety i dostęp do świata pełnego tajemnic. W jego historiach pojawiły się pościgi, luksusowe hotele, hazard, seks, brutalna przemoc i futurystyczne wynalazki. Nic dziwnego, że Bond błyskawicznie stał się spełnieniem męskich fantazji — nawet dla ówczesnego prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego, który przyznał w jednym z wywiadów, że przygody 007 są jego absolutną słabością. Kiedy kilka lat później Bond trafił na ekrany kin, jego miejsce w historii popkultury było już praktycznie niezagrożone.
Bond, James Bond

Na czym więc polegał ten spektakularny sukces? Fleming zrobił coś, na co wcześniej nikt się nie odważył — uchylił drzwi do świata wywiadu, do którego dostęp mieli dotąd wyłącznie nieliczni. Większość historii, które opisywał, miała swoje źródło w prawdziwych wydarzeniach z okresu jego służby oraz w misjach agentów, z którymi przecinały się jego drogi. A miał z czego czerpać — jego życie było niezwykle barwne, pełne podróży, luksusu i pięknych kobiet. Dokładnie takie jak codzienność 007. Sam autor przyznał zresztą, że blisko 90 procent jego doświadczeń z czasów pracy w Brytyjskim Departamencie Wywiadu Marynarki Wojennej znalazło odzwierciedlenie na kartach powieści. Na tym jednak podobieństwa się nie kończą.
Spełnieniem męskich fantazji
W żyłach Fleminga, podobnie jak u Bonda, płynęła szkocka krew. Pisarz przeszedł też tę samą elitarną i wymagającą ścieżkę edukacji. Ukończył Eton College — jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych męskich szkół z internatem w Anglii — a następnie Sandhurst, równie elitarną akademię wojskową. To właśnie tam prawdopodobnie po raz pierwszy zetknął się z brytyjskim wywiadem.
Po krótkim epizodzie pracy w Agencji Reutera w 1939 roku został zwerbowany przez Marynarkę Wojenną. Trafił do wydziału zajmującego się tajnymi operacjami przeciwko Niemcom. Jednym z najbardziej ryzykownych projektów, nad którymi pracował, była operacja „Ruthless”, której celem było przejęcie kodów Enigmy. Fleming wiedział, że maszyny szyfrujące znajdują się na każdym niemieckim okręcie. Wymyślił więc akcję polegającą na wykorzystaniu zdobytego niemieckiego bombowca, kontrolowanym rozbiciu go w Kanale La Manche i poczekaniu, aż niemiecka załoga wyśle łódź ratunkową, by odbić „swoich”. Wtedy Brytyjczycy mieli uderzyć i przejąć kody. W praktyce plan okazał się zbyt niebezpieczny i nigdy go nie zrealizowano. Sam pomysł idealnie pasował jednak do świata Jamesa Bonda.

Fleming wykorzystał ten motyw w „Pozdrowieniach z Rosji”, gdzie Bond zdobywa urządzenie dekodujące radzieckie szyfry i przekazuje je brytyjskiemu wywiadowi.
Kolejną inspiracją z biografii Fleminga była legendarna scena przy stoliku w „Casino Royale”. To wspomnienie z jego misji w Lizbonie w 1941 roku. Pisarz działał tam z ramienia brytyjskiego rządu, ale dał się ponieść hazardowej gorączce i — chcąc zbliżyć się do niemieckich szpiegów — wszedł do kasyna, gdzie stracił całe uposażenie. Po latach symbolicznie odegrał się na losie, wysyłając do tego samego kasyna Jamesa Bonda, który odchodzi od stołu jako zwycięzca.
Czy to oznacza, że Fleming i Bond byli tą samą osobą? Choć podobieństwa widać jak na dłoni, prawda jest bardziej złożona. Bond to bezwzględny, podkręcony autorską wyobraźnią konglomerat najgroźniejszych operacji brytyjskiego wywiadu. Fleming nie był aż taką postacią.
Imperialistyczny sentyment
Podczas gdy świat chłonął opowieści o agencie bezgranicznie oddanym ojczyźnie, pod fasadą Bonda kryła się znacznie głębsza polityczna gra. Fleming pisał swoje książki w latach 1952–1964 — w momencie, gdy Imperium Brytyjskie nieuchronnie chyliło się ku upadkowi. Bond był więc nie tylko superszpiegiem, ale też fantazją o Wielkiej Brytanii, która nadal kontroluje świat.

Widać to choćby w życiu samego autora. W 1946 roku Fleming wybudował na Jamajce dom nazwany „Goldeneye”. Wyspa była wówczas brytyjską kolonią, gdzie dawny podział klasowy i rasowy nadal funkcjonował bardzo wyraźnie, a Fleming — jako biały Brytyjczyk — egzekwował szacunek, który uważał za należny swojej pozycji. Jednocześnie z rosnącym niepokojem obserwował, jak wpływy imperium stopniowo słabną, a czarni mieszkańcy kolonii coraz głośniej domagają się własnych praw i niezależności. Fleming podobno nie potrafił się z tym pogodzić. Agent 007 stał się więc dla niego rodzajem plastra na rany i próbą zatrzymania świata, który znikał na jego oczach.
Imperialna nostalgia była zresztą wyraźnie obecna w samych powieściach. „Doktor No” — pierwsza książka przeniesiona na ekran — powstała na Jamajce zaledwie kilka lat przed ogłoszeniem przez wyspę niepodległości. Kraj przedstawiono jako miejsce, nad którym Brytyjczycy wciąż sprawują niemal absolutną kontrolę. Proces rozpadu mocarstwa uderza zresztą również w samego Bonda — najwyraźniej widać to w powieści „Żyje się tylko dwa razy”. 007 nadużywa alkoholu, rzuca się w hazard, ponosi kolejne porażki i ewidentnie traci dawną energię. Dochodzi do momentu, w którym nie ma siły odeprzeć potężnego ciosu Tigera Tanaki, szefa japońskiego wywiadu, co było wymowne w chwili, gdy Wielka Brytania traci status światowego mocarstwa. To jeden z najbardziej gorzkich momentów całego cyklu.
Piękne i śmiertelnie niebezpieczne
Żadna z tych niebezpiecznych misji nie miałaby jednak racji bytu bez zjawiskowych kobiet, które pozostają stałym i zapalnym elementem każdej powieści. Ich obecność również nie była wyłącznie literacką fikcją. Wiele źródeł potwierdza, że Fleming czerpał tu garściami z własnego życia uczuciowego.

Pisarz prowadził życie bon vivanta i playboya, a postać Bonda doskonale oddawała jego bezwzględny, męski punkt widzenia. Kobiety bywały dla niego obiektami pożądania, które traciły opory przy odpowiedniej ilości luksusowego szampana. Wszystkie miały jednak wspólny mianownik — były piękne, uwodzicielskie i niemal zawsze ginęły młodo. Za tym motywem krył się autentyczny dramat autora.
Podczas pracy w wywiadzie Fleming z oczywistych powodów unikał stałych związków. Tę zasadę złamał tylko dla jednej kobiety — Muriel Wright. Była olśniewającą modelką, którą poznał w Austrii i dla której natychmiast stracił głowę. Los nie przewidział jednak dla nich szczęśliwego zakończenia. Wright zginęła w marcu 1944 roku podczas brutalnego niemieckiego nalotu na Wielką Brytanię. Odłamek ściany uderzył ją w głowę, gdy znajdowała się we własnym domu, ubrana jedynie w koszulę nocną. Fleming osobiście identyfikował jej zmasakrowane ciało. To doświadczenie na zawsze zmieniło jego psychikę. Tworząc później kobiece postaci w powieściach o Bondzie, idealizował je, ale jednocześnie skazywał na nagłą i tragiczną śmierć. Ta strata zmieniła również jego podejście do życia — po tragedii zdecydował się w końcu poślubić swoją wieloletnią partnerkę Ann.

Szpiegowskie gadżety
James Bond redefiniował popkulturę jeszcze jednym elementem — serią wymyślnych i śmiercionośnych gadżetów. Miniaturowe urządzenia szpiegowskie, ukryta broń, futurystyczne samochody i technologie wyprzedzające swoje czasy sprawiały, że każdy mężczyzna chciał choć przez chwilę poczuć się jak agent 007.
Także tutaj Fleming korzystał z własnych doświadczeń. W czasie wojny miał dostęp do urządzeń wykorzystywanych przez brytyjski wywiad i współpracował z Charlesem Fraserem-Smithem — wynalazcą, który później stał się inspiracją dla postaci Q. Fascynacja technologią była dla autora czymś autentycznym. Już od początku wojny interesował się maszynami, które wprowadzały szpiegostwo w nowoczesną i bezwzględną erę.
Co ciekawe, inspiracje czerpał nie tylko z własnej przeszłości, ale również od czytelników, którzy chętnie podpowiadali mu rozwiązania wykorzystywane później przez Bonda. Jednym z nich był Geoffrey Boothroyd — ekspert od broni palnej, który zwrócił Flemingowi uwagę, że agent 007 w pierwszych książkach posługuje się źle dobranym pistoletem. Boothroyd stał się nieoficjalnym konsultantem autora i doradzał mu aż do jego śmierci w 1964 roku. To właśnie dzięki jego sugestiom Bond otrzymał kultowego Walthera PPK.

Podobnie było ze słynnym Astonem Martinem. Jeden z czytelników przekonał Fleminga, by przesadził Bonda ze starego Bentleya — który w latach 50. wyglądał już jak muzealny eksponat — do samochodu o prawdziwie sportowym charakterze. Zaproponował model DB Mark III od Astona Martina, a Fleming uznał ten pomysł za strzał w dziesiątkę. Oczywiście na potrzeby książki auto zostało naszpikowane ukrytą bronią i gadżetami, ale można śmiało powiedzieć, że był to prawdopodobnie jeden z najlepszych product placementów w historii kina.
Nieśmiertelny James Bond
Kolejne części przygód Bonda pokazują, że fenomen agenta 007 pozostaje żywy nawet wtedy, gdy kolejni aktorzy żegnają się z rolą. Zmieniają się technologie, realia polityczne i twarze bohatera, ale pewne elementy tej historii pozostają niezmienne: pościgi, niebezpieczne misje, luksusowe samochody, futurystyczne gadżety i kobiety, które równie mocno fascynują, co komplikują życie głównego bohatera.

Najważniejsze jest jednak coś innego — Bond stał się symbolem świata, w którym elegancja spotyka brutalność, a strach trzeba ukrywać pod perfekcyjnie skrojonym garniturem. Być może właśnie dlatego James Bond wciąż wydaje się nieśmiertelny, a Fleming — równie niezniszczalny jak jego bohater — bez problemu przetrwa próbę czasu. Bo zasad, które rozpisał dla 007, nikt nie odważy się zmienić.
Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „Uważam RZE Historia”.