Szanowni Państwo,
Są historie, które przez dziesięciolecia pozostają zamknięte w pamięci ich bohaterów. Nie dlatego, że straciły znaczenie. Przeciwnie – dlatego, że ich ciężar bywa zbyt wielki, by o nim mówić.
Dziś oddaję w Państwa ręce reportaż szczególny. Po raz pierwszy od ponad czterdziestu lat Piotr „Baleron” Laudański zdecydował się opowiedzieć ze szczegółami o wydarzeniach, których był świadkiem i uczestnikiem – o służbie w komunistycznej milicji, o kulisach tamtych czasów oraz o dniu, w którym wyłowił z Wisły ciało księdza Jerzego Popiełuszki.
Nie jest to próba stawiania ostatecznych tez ani zamykania historycznych sporów. To świadectwo człowieka, który przez lata milczał, a dziś postanowił mówić własnym głosem.
Wierzę, że rolą mediów jest nie tylko opisywanie historii, ale także tworzenie przestrzeni dla świadków, którzy dopiero po latach są gotowi opowiedzieć swoją prawdę.
A to tylko czubek góry lodowej tej opowieści…
Iwona Sobczak
Redaktor naczelna The Editorial

Odkąd pamiętam, na Mokotowie zasada była jedna – chcesz być kimś, musisz ważyć swoje.
W piwnicy „Herkulesa” nikt nie pytał o recepty. Między grzybem na ścianach, podmalowanym pędzlem na biało, wisiały pożółkłe zdjęcia Schwarzeneggera wycięte z zachodnich pism. Zero luster. Za to stal – sama ciężka samoróbka spawana z rur i złomu. W powietrzu stał zapach, który znam do dziś: pot, rdzewiejące żelastwo, smar i tania „Przemysławka”, którą chłopaki zalewali się po treningu. No i metanabol. Dwieście miligramów czystej chemii w małych pastylkach na postawienie na nogi ciężko chorych po operacjach. U nas żarło się to całymi tubkami. Efekt? Strzał masy w miesiąc, a zaraz potem „mapa Azji” na plecach – wysyp wrzodów i ropnych gór od wykańczanej wątroby. Kogo to obchodziło? Narzucasz na to byle koszulkę, a pod spodem masz klatę jak z blachy.
Towar załatwiał mały, łysy gość z pogotowia. Wpadał do piwnicy rzadko, nie musiał machać ciężarami. Miał dojścia u lekarzy, nosił w torbie całe tubki. Załatwiał tym, którzy mieli kasę. Załatwił też kumplowi, który chwilę później został mistrzem Europy, bo nikt wtedy niczego nie sprawdzał. Kto miał kasę, ten brał. Kto miał masę, ten trafiał do milicji, do Wydziału Zabezpieczenia. Prosty układ.
Ze mną było inaczej. Mnie na prochy po prostu nie było stać. Ale już wtedy mały nie byłem. Nie potrzebowałem chemii od łysego. Miałem swoją siłę – naturalną, surową, wniesioną prosto z ulicy… i z maty. Byłem twardy, szybki, ale za ciężki, żeby obalać mnie standardowym chwytem judo. Trenerzy i koledzy znaleźli więc na mnie sposób: wiązali mi ręce z tyłu dwoma pasami od kimona, pętali tułów, a potem wpuszczali na matę. Biegałem w koło, obwiązany jak sztuka wędliny, a pięciu typów goniło mnie, próbując powalić na deski.
Wtedy ktoś rzucił z ławki:
— Patrzcie, wygląda jak baleron!
Nazwa przylgnęła od razu. I została na całe życie.
I chociaż w „Herkulesie” chłopaki pompowali się anabolami, to kiedy w milicji szukali ludzi do czarnej roboty, nie potrzebowali sztucznie spuchniętych gości z ropą na plecach. Szukali kogoś z moją siłą. Chłopaka z Mokotowa, obwiązanego pasami na macie, którego pięciu typów nie potrafiło zwalić z nóg. Dostałem etat sierżanta. Nikt nie pytał o politykę, nikt nie pytał o Boga. Liczyło się tylko to, czy umiesz przyłożyć. Aż przyszedł maj 1983 roku…

Kamieniem w św. Marcina
To, co piszą w tych mądrych książkach o wielkiej polityce, prowokacjach i sygnałach dla papieża, to jedno. Ale życie na dole, w tłumie, kiedy dżinsy parują ci od potu, a w kieszeni ściskasz pałkę, wygląda zupełnie inaczej. Musisz zrozumieć, jak działał ten system na ulicy. Był początek maja, chyba trzeci. Na Starówce, pod kolumną Zygmunta, zebrał się tłum. Rozruchy. Nasza sekcja z Wydziału Zabezpieczenia była tam w całości. Wszyscy po cywilnemu: dżinsowe katany, adidasy, skórzane kurtki, żeby wtopić się w tłum. Razem z nami kręcili się bezpieczniki, czyli esbecja. Oni mieli swoje specjalne znaczki wpięte w klapy, my nie mieliśmy nic, ale ich gęby kojarzyliśmy na kilometr. Zadanie było proste: wyławiać z tłumu prowodyrów, tych najgłośniejszych krzykaczy, pakować do suk i wywozić. Czysta, mechaniczna robota.
Stałem na rogu ulicy Piwnej, łapiąc oddech, kiedy usłyszałem Zdziśka. Mój koleżka z wydziału. Kawał byka, prawdziwy mocarz z natury. Wpadł w kłopoty zaraz przy Barbakanie, w tej wnęce, gdzie kiedyś była kwiaciarnia. Obracał się nerwowo, bo zaszło go trzech typów z tłumu. Bezpieczniki. Nie rozpoznali go w cywilu. Chcieli go oprawić.
Krzyknął tylko:
— Piotrek!
Nie było nad czym debatować. Podleciałem tam z pełnego biegu. Temu pierwszemu wypłaciłem od razu w łeb. Padł na ziemię i zasnął na poczekaniu. Tamtych dwóch pozostałych prysnęło pod Barbakan. Zdzisiek sapnął:
— Dawaj, zrywamy się stąd, zanim wpadnie ZOMO w kaskach i w tym dymie spuści łomot wszystkim po cywilnemu.
Zostawiliśmy już Barbakan za sobą, myśląc, że to koniec naszej dniówki, kiedy przez radiostację przyszło nowe hasło:
— Uwaga, jest grupa uzbrojona w trzonki od łopat. Coś się zbierają. Sprawdźcie to.
Kolejny adres i kolejna akcja. Tyle. Zebrało się nas czterech, może pięciu. Ja i jeszcze kilku chłopaków. Z tych obrotniaków, co nie pękali w zwarciu. Wpadliśmy tam szybciej, niż gołębie poderwały się z bruku. Pięciu cywilnych milicjantów napakowanych adrenaliną, gotowych na wszystko. Weszliśmy od tyłu, przez siatkę. I faktycznie — stoją rude chłopy, rośli, z tymi drzewcami w łapach. Było ich może z pięciu. Popatrzyliśmy na siebie i już wiedzieliśmy, że będzie wesoło.
— Co jest, kurwa, panowie?! — zdążył wypalić jeden z naszych i zaczęła się awantura.
To nie była precyzyjna operacja. Tylko czysta, surowa, uliczna akcja. Nie miałem jednak zamiaru czekać, aż ktoś mi wypłaci trzonkiem w łeb. Chaos, krzyk, wrzask. Dwa szybkie skrętki biodra, chwyt jak stalowe imadło i lądowali na ziemi jak worki z piaskiem. Jeden uciekł w takie stalowe, mosiężne drzwi i zamknął się od środka. Myślał, że jest bezpieczny. Wtedy któryś z naszych złapał jakiś głaz. Chwilę później całe żelastwo wyleciało z futryny do środka. I wtedy dopiero zobaczyliśmy, gdzie jesteśmy…

Na sekundę wszystko zwolniło… Siostry zakonne, księża… ich strach w oczach. No, ale też i tych paru rudych dżentelmenów z brodami, co stali tam wcześniej na nas z drzewcami. Ktoś rozbił kredens, coś się potłukło, zamieszanie, krzyk, krew. Tych z brodą żeśmy tam oprawili do końca, ale zakonnic nie ruszaliśmy. Był twardy kod na wydziale: zero bicia kobiet, to i też zero zakonnic. Księży też nie lałem, może któryś dostał bokiem, jakąś obcierką w tym tumulcie. Kiedy jest taka zadyma, kiedy ampułki z lekami strzelają pod butami, to nikt nie patrzy na sutanny. Potem szybko padło hasło do radiostacji:
— Uwaga, Kosiu, Kosiu, Kosiu… spadamy!

Po wyjściu stamtąd zobaczyłem… front kościoła świętego Marcina. Ulica Piwna. No dobra, to mi na pewno nie będzie zapisane na górze. Po latach dowiem się, że historia zapisze to jako atak planowany. Że to sygnał dla papieża, żeby nie przyjeżdżał do Polski. Ale ja nie jestem taki mądry jak Jan Olszewski, który podobno to powiedział. Nie będę debatować. Z mojej strony, z dołu, to nie było zaplanowane. Czysty przypadek, mechanika fachu. Może nas tam wysłali specjalnie? Może. Kazali zamieszać, to zamieszaliśmy. Zrobiliśmy swoje i się wybiliśmy, zanim mundurowi z milicji wjechali czyścić teren i pakować ich do wozów. Wywlekli ich podobno z kościoła. Wszystkich tych oportunistów i wywieźli do Kampinosu. Tam rozebrali do majtek i puścili boso do Warszawy. Czysty, surowy chwyt komunistycznej władzy.
O tym, że to był Prymasowski Komitet Pomocy, że tam była ta Barbara Sadowska, że to była zaplanowana akcja polityczna… dowiedziałem się po latach. Od was. Na moim wydziale to był po prostu majowy wtorek, trzonki od łopat i szyfrowane hasło w głośniku. Mnie polityka nigdy nie interesowała. Słyszałem o tym tylko tyle, ile przelotem przemknęło na korytarzach na wydziale.

Przemyk nie żyje. Sprawa się rypła
Parę dni później, czternastego maja, powiedzieli, że młody chłopak poszedł na Starówkę oblać zdaną maturę. Zwinęli go na Jezuicką, gdzie pobiły go krawężniki i sprawa rypła, bo zmarł w szpitalu. To był Grzesiek Przemyk. Syn tej Sadowskiej. U nas jednak nikt się tym specjalnie o tym nie gadał. Nie było żadnych wewnętrznych odpraw, pouczeń, żeby się jakoś inaczej zachowywać czy bardziej na coś uważać. U nas to nie wchodziło w grę. Robiło się swoje. Bez gadania. Bez zbędnych pytań.
Aż w końcu skazali sanitariuszy z pogotowia zamiast tych idiotów z Jezuickiej. I jak ich zatrzymali, wysłali naszą sekcję na noc do Pałacu Mostowskich. Pojechaliśmy tam po piołunie, bo cholera wie, o co chodziło. Czy góra się bała, że ktoś ich z tego dołka będzie próbował odbijać, będą się wieszać, czy po prostu potrzebowali pewnych ludzi na korytarzu? Nie mam pojęcia.
Tam na dole w Pałacu był dołek. Pewnie do dzisiaj jest. Duszno, zapach wilgoci, betonu i tanich fajek. Szedłem wzdłuż cel, jeden ruchem głowy wskazał mi drzwi. Tam ich wsadzili. Zajrzałem przez lipo – to małe okienko w drzwiach do podawania żarcia lub sprawdzania, co więzień odwala w środku. Morda znajoma. Od razu go rozpoznałem. To był ten sam łysy ancymon z pogotowia. Ten sam, co przynosił w torbie Metanabol dla chłopaków do „Herkulesa”. Chodził tak w kółko, krok za krokiem. Mnie nie widział, a ja przecież nie mogłem się do niego przyznawać. Zresztą, co miałem mu powiedzieć? Że widziałem, jak chwilę temu nosił nam chemię w tubkach, a dzisiaj resort potrzebował żywego zderzaka za śmierć młodego z Jezuickiej. Że dziś padło akurat na niego? Odszedłem od tych drzwi, przypaliłem Klubowego na korytarzu i dalej robiłem swoje. Bo na tym polegała cała ta gra. Widzisz, jak system mieli kogoś na twoich oczach, ale nie zadajesz pytań. Po prostu zaciskasz pięści i robisz swoje. Dokąd nosisz legitymację i dajesz im swoją siłę, jesteś po bezpiecznej stronie wizjera.
Za papieżem z Coltem 357 Magnum przy pasie
Miesiąc po Świętym Marcinie i zaraz po tym, jak w resorcie zaczęło śmierdzieć sprawą Przemyka, góra rzuciła nas w sam środek zupełnie innego cyrku. Czerwiec ’83. Druga pielgrzymka papieża. Wielka rzecz, bo tłum był jeszcze wzburzony po pogrzebie chłopaka. W MSW zrobiło się ciepło, więc u nas na wydziale przeprowadzili tylko krótką selekcję: brali największych chłopaków. Mnie dali na pierwszy samochód w konwoju. Zaraz za papieskim wozem jechała esbecja, a za nimi leciało sześć naszych Tarpanów. Specjalne budy bez dachu, z przodu wspawana stalowa poręcz. Jechaliśmy tam na stojąco, ramię w ramię, po czterech czy pięciu na pace, ściskając tę rurkę jak na jakiejś diabelskiej karuzeli. I w każdym Tarpanie po jednym bezpieczniku z SB – wszędzie musieli wsadzić ten swój czujny nos. Nie ufali nawet własnej matce.

A ludzie? Kordony milicji trzymały tłum na wodzy, a ci wszyscy cywile gapili się na nas jak na dziwolągów z amerykańskiego filmu. Pierwszy raz w życiu widzieli taką jednostkę. Granatowe berety, mundury moro, u pasa ciężkie noże i rewolwery – Colt 357 Magnum. Gnaty mieliśmy uwiązane na specjalnych stalowych sznurkach do pasa, żeby żaden gość z tłumu w ścisku nie wyrwał ci broni z kabury. Wyglądaliśmy bezwzględnie, drogo i obco. Nikt nie wyzywał, nikt nie rzucał kamieniami. Po prostu zaniemówili na nasz widok.
Miliony głów, tylko nie ta z Watykanu
Pytali mnie potem, czy coś czułem. Przecież to wielka postać, papież, historia! Śmiechu warte. Mnie to było zupełnie obojętne. W domu rodzice się rozstali, mama coś tam latała potem do kościoła, ale ja wyrosłem na macie i na ulicy. Do roboty podchodziłem jak do zlecenia. Dla mnie to był po prostu kolejny gość do ochrony. Czy to byłby Ronald Reagan czy papież – ma przeżyć, a my mamy wrócić do bazy. Czysty profesjonalizm. Ale jednej rzeczy nie zapomnę do końca życia. Skali tego szaleństwa.
Oficjalny przekaz w telewizji podawał bzdury o „nielicznych grupach”. Gówno prawda. Tam były miliony. Nas nie wozili sukami – samochody konwoju jechały swoją drogą, a naszą sekcję przerzucali wojskowymi śmigłowcami z miasta do miasta. Rano zbiórka, wirnik się rozkręcał, a potem pyk i lądujesz w Krakowie albo w Katowicach. I kiedy lecieliśmy tym helikopterem, jakieś trzysta, czterysta metrów nad ziemią… nad Błoniami czy Śląskiem nie było widać trawy. Nic. Tylko zbita masa ludzkich głów, ciągnąca się aż po horyzont. Żywego skraju ziemi nie dało się dostrzec. Trochę już przeżyłem, widziałem rozruchy i tłumy, ale czegoś takiego nie widziałem nigdy wcześniej ani nigdy potem.

I na sam koniec, na lotnisku w Balicach, ta cała układanka spięła się w jeden zimny cios. Na płycie lotniska stała cała wierchuszka, BOR-owcy i goście z SB. Papież podchodził do każdego z nich, żegnał się, ściskał dłonie i wręczał pamiątkowe medale z Watykanu.
A potem podszedł w naszą stronę. Staliśmy w równym, karnym szyku. Wyprostowani jak struny, frontem prosto do niego. Popatrzył. A potem odwrócił się do nas plecami. Zrobił pełny obrót, odciął nas wzrokiem i odszedł do samolotu. Zero medalu, zero podania ręki, zero słowa. Jakby przed nim stała ściana z betonu.
— A tam, olał nas, wielka mi rzecz — pomyślałem. Ale przez lata nie dawało mi to spokoju. Nie mogłem tego zrozumieć. Dopiero po latach pomyślałem, że może to było za Komitet. Może wiedział, kim jesteśmy. W końcu miał przed sobą tych samych pięciu typów, którzy miesiąc wcześniej wyważali żelazne drzwi głazem do świętego Marcina.

Najpierw łeb. Potem imię i nazwisko
W końcu kurz po czerwcowym cyrku opadł, zgiełk na ulicach niby przycichł. Ale w resorcie machina kręciła się nadal. Tylko szybciej. Szybko weszliśmy w codzienną, twardą rutynę. Gdy przychodziło zlecenie na wjazd – czy to było mieszkanie w płycie na blokowisku, czy jakaś melina – układ był z góry ustalony.
Pierwszy wchodził Baleron. Byłem z nich wszystkich najcięższy. Zakładałem kamizelkę kuloodporną. 17,5 kilograma czystej blachy i stali, nie to co te dzisiejsze po dwa kilo. Wkładałem ten ciężar, stawałem na korytarzu i brałem rozbieg. Materiałów wybuchowych używać nie było wolno, żadnej pirotechniki. Wybijaków do drzwi też nam nie dawali, więc kiedy framuga leciała do środka, ja wpadałem razem z nią na podłogę, a po moich plecach jak po moście wlatywali pozostali chłopcy i czyścili pomieszczenie. Mieliśmy twardą zasadę: najpierw łeb, potem imię i nazwisko. Delikwent dostawał szybki oklep na zamroczenie, pełne oprawienie na ziemi, a dopiero potem sprawdzano w papierach, kto to w ogóle jest i czy jeszcze dycha. Czy leżał połamany, czy nie – to mnie już zupełnie nie interesowało. Odwalałem swoją część i wychodziłem. Od pisania protokołów i notatek byli inni. Pamiętam, jak przyszło wezwanie do jakiegoś górnika. Wariat dostał amoku, chwycił za dwie siekiery i rzucił się na swoją kuzynkę. Wlecieliśmy tam, jak już chciał ją oprawiać. Zanim zorientował się, co się dzieje, leżał już poskładany na posadzce. Tak działaliśmy.
Teraz będziesz łowić trupy
Pod koniec 1983 roku góra uznała, że czas z nas zrobić „specjalistów” na papierze.
— Baleron, robisz kursy — padła komenda.
Wysłali mnie najpierw do Raducza na kurs strzelców wyborowych, prowadzony przez Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe. Sam kurs? Teoria na papierze, praktyki nie dało mi to żadnej. Prawdziwe strzelanie i robotę dawała tylko ulica. Zaraz potem padło hasło z nurkowaniem. Koleżka z wydziału wynalazł jakiś kurs w harcerskim klubie, zapisałem się, a że ratownikiem wodnym już i tak byłem, to patent dorobiłem w moment. Ale moją prawdziwą szkołą techniczną nie były harcerskie kursy, tylko typ o ksywie „Grabarz”. Stary komando z wydziału. Wyjeżdżaliśmy z nim na poligon i to on uczył mnie wszystkiego: sprzętu, taktyki, wyciągania ludzi z trudnych miejsc. Awantury na pięści przecież nie musiał mnie uczyć – to przyniosłem ze sobą z Mokotowa. Zaraz potem dostałem pierwszego denata do wyciągnięcia.
Wezwanie na Kanał Żerański. Woda płytka, zimna jak jasna cholera. Szukaliśmy gościa. Zrobiliśmy szybkie rozpoznanie: opcjonalnie wytypowaliśmy dwa miejsca, gdzie prąd mógł znieść ciało. Znalazłem go. Wyciągnęliśmy na brzeg. Był już mocno napuchnięty. Lekarz, prokurator, pociągnęli papierki, a my zwinęliśmy sprzęt do wozu. Kolejny wpis w kadrach odhaczony. Pytali mnie potem, czy to mnie rusza. Nie. Moja głowa od zawsze działała na prostym przełączniku. Zamykałem drzwi od mieszkania, w którym spały moje dzieci ii tamten świat przestawał dla mnie istnieć. Byłem do tego stworzony psychicznie – bez pomocy żadnych psychologów. Zresztą nic takiego wtedy nie było brane pod uwagę przez górę.

I tak do jesieni 1984 roku miałem już komplet: pancerz taranujący, przeszkolenie na poligonie u Grabarza i pełnoprawne papiery nurka resortu. Potem doszedł kurs snajpera, spadochroniarza i wszystkie takie inne. Byłem gotowy na wszystko, co góra rzuci na odcinek.
Milion złotych za jedno ciało
I właśnie wtedy, w październiku ’84, padło to wezwanie. Każdy z nas miał w domu małą radiostację na wypadek nagłego komunikatu. Kiedy ten malutki głośnik w pokoju nagle zaczynał trzeszczeć, wiedziałem jedno: miałem się natychmiast zameldować na Wydziale Zabezpieczenia. Osobiście. Bez pytania po co, bez zastanawiania się dlaczego. Taka była zasada. Zbierasz się w dwie minuty i jedziesz.
Na wydziale byliśmy więc błyskawicznie. Nikt z dowódców nic nie mówił. Kazali spakować sprzęt nurkowy do bagażników wozów. Butle, maski, pianki. Żadnych ciężkich, suchych kombinezonów z ołowianymi butami – w takim sprzęcie to się chodzi po dnie jak czołg. Tu najwyraźniej potrzebna była swoboda ruchów, elastyczność i płetwy. Czy wiedzieliśmy, po kogo jedziemy? Bądźmy poważni. Cała Polska mówiła wtedy tylko o jednym. Ksiądz Jerzy Popiełuszko zapadł się pod ziemię. Zresztą zaraz po jego porwaniu na nasz wydział wpadły służby. Przyszli do nas goście z esbecji i usilnie dopytywali, czy to przypadkiem nasi chłopcy z WZ go nie sprzątnęli. Któryś z moich kumpli z sekcji nie wytrzymał, popatrzył im prosto w oczy i rzucił:

— Jakbyśmy to my zrobili, to byście go w życiu nie znaleźli.
Zamurowało ich. Odczepili się i poszli w cholerę.
W papierach z Torunia dowództwo wymyśliło sobie potem tajny „Plan operacji Wisła” – pisano tam o gotowości na 26 października, o dowodzeniu przez pułkownika Moszczyńskiego i podpułkownika Pietkiewicza, rozpisano trzydziestu dwóch płetwonurków. Bujda na kółkach. Trzydziestu dwóch? W papierach to oni mogli sobie wpisać nawet całą armię, żeby rozliczyć paliwo i sprzęt. Na miejscu nie było tylu ludzi. Wyjechaliśmy z Warszawy we czterech czy pięciu z naszej sekcji. Dołożyli nam tylko paru chłopaków z Poznania i to było wszystko. Z Warszawy wyjechaliśmy z samego rana 26 października. Jesienny chłód, szara szosa i prosta trasa na tamę we Włocławku. Grzaliśmy tyle, ile pozwalał silnik. W końcu kto by nas miał zatrzymać?
Na tamie czekali już nasi najwyżsi szefowie: płk Waldemar Moszczyński, szef WZ Komendy Stołecznej, i chyba gdzieś jego zastępca, mjr Edward Misztal. Stali w tych swoich dygnitarskich płaszczach przy barierkach, patrzyli na czarną, wzburzoną wodę i w pewnym momencie z ust Moszczyńskiego padły konkretne słowa:
— Panowie, kto znajdzie zwłoki, dostanie milion złotych nagrody.
Milion w 1984 roku? To była fortuna, kosmos! Sztos, za który można było urządzić sobie życie. Szturchnąłem w bok Ryśka „Grabarza” i szepnąłem:
— Rysiek, kupimy sobie po mieszkaniu. Dajesz!

Zeszliśmy z tamy na brzeg, zrzuciliśmy cywilne łachy i zaczęliśmy naciągać gumiaste pianki przy uderzeniach lodowatego wiatru od rzeki. Sprzęt był sprawny, butle nabite. Czekaliśmy tylko na jedno krótkie hasło.
Byle nie do czwartego przęsła
W końcu dostaliśmy proste polecenie: przetrząsnąć wody wzdłuż części spustowej tamy – jakiś szeroki pas, ponad dwieście metrów, dziesięć przęseł ze śluzami. Ale od razu rzucono nam jeden twardy, idiotyczny zakaz: macie szukać wszędzie, tylko, kurwa, nie zbliżać się do czwartego przęsła.
Absurd, nie? Człowiek od razu czuje pod skórą, że gra jest ustawiona. Skoro zabraniają ci podchodzić akurat w to jedno miejsce, to znaczy, że dokładnie tam leży to, czego szukamy. Ale rozkaz to rozkaz – pływaliśmy w tej zimnej wodzie godzinami, badaliśmy przęsło po przęśle, i oczywiście nic. Teatr dla ubogich.
Aż wreszcie na tamie nastąpiło zamieszanie. Przyjechała czarna fura bezpieczników, z której wywlekli gościa. Stałem na dole, na brzegu przy wodzie, ubrany w piankę, i patrzyłem w górę, na most. Przy żelaznej barierce usadzili typa. On sam się trząsł. Tak nim telepało przy tej balustradzie, że aż było to widać z dołu. Albo grał wariata ze strachu, albo miał ciężki uraz psychiczny po tym, co zrobili.
Poznałem go z telewizji. To był ten jąkała z SB – Chmielewski. Jeden z porywaczy.

Widziałem, jak ci z bezpieki nachylają się nad nim, dyskutują, a ten gość z trzęsącymi się rękami wychyla się przez barierkę i wskazuje palcem w dół, prosto w wodę. I chwilę później dostajemy cynk z góry od naszych szefów: „Dobra, teraz spływać pod czwarte przęsło”. Voilà. Kurtyna w górę, bajka się skończyła.
I wtedy padła ta dziwna instrukcja od przełożonych: jak któryś natrafi na zwłoki, ma dać pod wodą znak ręką, nie wyciągać ciała na powierzchnię, tylko najpierw… odciąć kawałek sutanny. Góra wciskała nam kit, że ten skrawek materiału ma niby jechać na cito do ekspertyzy laboratoryjnej w Warszawie. Śmiech na sali. Ściema tak szyta grubymi nićmi, że nawet do tego głowy nie przykładałem. Jakiej analizy? Przecież cały kraj wiedział, kto leży pod tą tamą. Płytka woda, dwa, może trzy metry głębokości – co tu było do analizowania w laboratorium? Ale polecenie to polecenie.
To był ksiądz Popiełuszko
Wpłynęliśmy w okolice czwartego przęsła. Zszedłem bliżej dna – tam nie ma żadnego mułu, wbrew temu, co pisały potem mądre głowy w gazetach. Dno jest twarde, betonowe i kamieniste. Gdyby tam stał muł, w wodzie zrobiłaby się czarna macka i nie widziałbym własnych dłoni przy masce. A woda, choć mętna i rzeczna, dawała wystarczającą widoczność.
Zobaczyłem go. Tego, którego losem przejął się każdy z odrobiną Boga w sercu.
Ksiądz leżał nieco dalej od samego filara, w stronę nurtu. Nie leżał płasko na brzuchu, nie wisiał też pionowo – linka tak mocno pętała mu nogi i tułów, że ciało było skulone, podkurczone pod lekkim kątem, a nogami dotykało dna. Zaraz obok czarnego materiału odcinał się jasny worek z kamieniami, przywiązany do nóg.
Ktoś z chłopaków uniósł rękę nad taflę wody – sygnał: „jest”. A zaraz potem ktoś sięgnął po nóż i ciachnął ten kawałek materiału z sutanny w okolicy klatki piersiowej księdza. Chłopcy mieli maski na twarzach, pod wodą wszyscy wyglądają tak samo, ale stawiam, że to Rysiek „Grabarz” odciął ten skrawek. Każdy chciał mieć to z głowy.
Potem zaczęła się najtrudniejsza część: holowanie.
Z góry przyszły wyraźne rozkazy. Żadnego wyciągania zwłok na ponton. Żadnego pakowania do środka. Może bali się, że pokaleczą ciało, albo chcieli dla prokuratorów zachować wszystko w takim stanie, w jakim wyszło z wody. Kolega w pontonie musiał wiosłować na dwóch małych wiosłach – żadnych silników spalinowych.
Złapałem księdza z tyłu, za ramię, za ten zniszczony materiał sutanny. Jedną ręką trzymałem ciało pod wodą, drugą uwiesiłem się pontonu, a kumpel na górze zaczął wolno, miarowo ciągnąć nas do brzegu. Drugi nurek płynął obok i mnie asekurował. I tak, krok po kroku, w lodowatym nurcie Wisły, holowałem Popiełuszkę ku brzegowi. Płynąłem na zimno, z odciętym myśleniem, jak mechaniczny robot. Działała tylko rutyna, wypracowana na poligonach i w ciemnych korytarzach. Ale czułem w kościach, że ten cichy, powolny dryf z ciałem tego człowieka pod ręką zmieni wszystko. I że ten resort właśnie sam pociągnął za spust. Nie wiedziałem jednak, jak ta chwila wpłynie potem moje życie.
Dwa wyłowienia i całe mnóstwo pytań
Ciągnąłem go w tej wodzie przez dobre osiemdziesiąt metrów. Od czwartego przęsła aż do samego brzegu. Jedną ręką trzymasz zmoczony materiał sutanny, drugą wisisz na burtach pontonu, zębami zgrzytasz z zimna, a kumpel na górze miarowo ciągnie za wiosła. Kiedy wreszcie dobiliśmy do płycizny, wyciągnęliśmy go na trawę.

Nie położyłem go na plecach. Ułożyłem go na prawym boku. Wtedy mu się przyjrzałem. Wtedy coś we mnie po raz pierwszy też pękło. Tego widoku nie zapomnę do końca życia. Z jego lewego ucha powoli sączyła się rzadka krew rozcieńczona wodą, takie bladawe osocze. Taki cienki stróżek. I tylko cichy żal, mimo że przerobiłem na ulicy i na macie tyle awantur, że czysty mechanizm urazu znam od podstaw. Jak dostaniesz twardym przedmiotem z przodu, strzela nos. A nos miał prosty, nie był nawet spuchnięty. Skoro osocze leciało z ucha, musiał dostać potężny, być może śmiertelny cios w tył głowy, w podstawę czaszki. Twarz nie była też jakoś specjalnie spęczniała, ale widać było siniaki i rozciętą brew przy oku. Na moje oko nie leżał tam długo. Z całą pewnością nie od 19 października… Może z kilkanaście godzin. Ściągałem z dna rozkładające się ciała, poćwiartowane siekierą, topielców bez rąk albo wyciągnięte zwłoki z bagna po miesiącach. A jednak tamta jedna twarz, tamten chudy ksiądz spętany sznurami jak pakunek na rzeź, został mi pod powiekami na zawsze. Sam nie wiem dlaczego. To miała być robota jak każda inna – wyciągnąć nieboszczyka z rzeki i jechać do bazy na schabowego. A obraz siedzi we mnie do dzisiaj.
Czy żył, kiedy go rzucali w nurt? Ten cios z tyłu głowy zapewne wykończył go na miejscu. Zresztą sekcja zwłok potem podobno potwierdziła – w płucach nie było wody, nie walczył pod powierzchnią, nie zachłysnął się rzeką. A nawet jakby, to i tak nie miał szans.
Związany był po azjatycku, dokładnie tak jak robili to w Katyniu. Ręce wykręcone do tyłu, spętane razem z nogami i pętlą na szyi. Spróbuj w takim stanie wyprostować nogę albo opuścić ręce – pętla na gardle zaciska się sama i cię dusi. Ale te węzły… patrzyłem na nie z bliska. Żadnej profesjonalnej roboty. Bezładna, chaotyczna plątanina zrobiona na szybko i byle jak. Widać było, że robili to amatorzy, których na akcji zżarła panika albo zwykła, tępawa pewność siebie.
Zresztą cała ta historia była od początku uszyta grubymi nićmi. Gdyby góra naprawdę chciała go zlikwidować tak, żeby ciało przepadło na wieki, wrzuciliby go po drugiej stronie tamy. Przed zaporą woda jest spiętrzona, głęboka i rwie prosto na turbiny elektrowni. Jakby tam wpadł, te wielkie łopaty przemieliłyby człowieka na miazgę w dwie sekundy. Nikt by go nie znalazł – ani my, ani nikt inny. Ale tamta strona była odgrodzona wysoką, stalową siatką, z ciężkim ciałem nie było jak podejść. Więc rzucili go z tej strony, gdzie jest ta niska, metrowa barierka.

Tylko że tu woda też w miejscu nie stoi. Od dziewiętnastego października, kiedy rzekomo tam leżał, tama otwierała spusty na śluzach. Przy takim ciśnieniu pierwsza lepsza fala zmiotłaby go kilkaset metrów dalej w dół rzeki. Coś tu głęboko nie grało w tych ich oficjalnych wersjach z notatek.
Pozwolenie na broń w sutannie
Ale to nie był czas ani miejsce na zadawanie pytań. Kiedy wywlekliśmy ciało na brzeg i położyłem je na trawie, ze wszystkich stron nagle zleciał się cały rój bezpieczników. Nie wiem, skąd ich się tam aż tylu nazbierało. Jeszcze dobrze nie zdążyłem zrzucić maseczki z twarzy, a oni już stali nad nami. Rozepchnęli nas łokciami, odcinając od ciała.
— Panom już dziękujemy. Panowie, do widzenia. Wypierdalać stąd – to usłyszeliśmy.
Stałem jeszcze kawałek dalej przy wozie, niby to zajęty składaniem butli i pianek. Rżnąłem głupa, że nic nie widzę i nic nie słyszę, ale słuch miałem wyostrzony jak brzytwa. Nasi i esbecja od razu zaczęli przetrzepywać przemoczoną sutannę, penetrować kieszenie, szukać czegokolwiek. I wtedy usłyszałem, jak jeden z tych bezpieczników rzuca do drugiego:
— Ty, popatrz tutaj…
Grzebie w kieszeni, wyciąga mokre papiery i plik banknotów.
— Miał parę tysięcy w gotówce. I pozwolenie na broń.
Drugi aż się nachylił nad zwłokami:
— Kurwa, podpisane przez kogo?
— Przez zastępcę komendanta stołecznego!
Stawałem tam z tą pianką w łapach i udawałem pełnego idiotę, ale w środku aż mną tąpnęło. Ksiądz, wróg ustroju, leży wyciągnięty z dna rzeki, a w kieszeni ma parę tysięcy złotych i czarno na białym pozwolenie na broń podpisane przez samego zastępcę komendanta z naszej Stołecznej? Ale ten system był tak zamotany we własnych prowokacjach, że prawa ręka nie wiedziała, co podpisuje lewa. Wierzyć można było tylko sobie samemu.
Cztery dni później, 30 października, odegrali drugie wyłowienie – tym razem po reżysersku. Przyleciał sam Czesław Kiszczak helikopterem, ściągnęli kamery z Dziennika Telewizyjnego, ustawili te dwa pontony, rozciągnęli siatkę pod obiektyw, żeby w telewizorze wyglądało to groźnie i profesjonalnie. Ja się o tym dowiedziałem dopiero miesiąc temu. Po ponad 40 latach. Ktoś dał mi do przeczytania wersję Henia Laskowskiego. Henio był od nas. As od strzelania i szybkich wjazdów, ale na torze pływackim w resorcie nigdy go nie widziałem. Dlatego, jak przeczytałem o dwóch pontonach, jakiejś siatce i worku z kamieniami, którego nie dało się unieść bez odpinania pasów z ołowiem, pomyślałem sobie: „Heniek, aleś ty poleciał z fantazją”. Przecież ja ten worek wyciągnąłem bez żadnego trudu i teatru!
Henio nie był żadnym blagierem. On po prostu zagrał swoją rolę w scenariuszu, który napisała mu góra. Czemu nic nie powiedział? W tamtych służbach obowiązywała jedna, nienaruszalna zasada: gęba na kłódkę. Ktoś zaczął za dużo gadać przy wódce? Dzień później mógł dyndać na własnym pasku od spodni na klamce albo zderzyć się z pędzącą wywrotką na pustej drodze. Każdy pilnował własnego tyłka i własnej rodziny.

Dwanaście godzin o plaster na ustach
Co działo się z ciałem Popiełuszki od 26 do 30 października? Tego nie wiem. Wiem tylko, że nawet mnie resort nie oszczędził. Tuż po powrocie z Włocławka dostałem wezwanie w trybie pilnym. Adres: ulica Rakowiecka, centrala Służby Bezpieczeństwa. A tam klimat jak z powojennej bezpieki. Pokój z pancerką pod ścianą, masywne biurko, lampa waląca prosto w oczy i blat zawalony czarno-białymi fotografiami. Przetrzymali mnie tam na krześle ponad dwanaście godzin. Nawet żurku nalali, ale nie jadłem. Kto wie, po co podali. Siedziałem tylko i patrzyłem na te zdjęcia – skrępowany sznurami ksiądz Jerzy, zbliżenia na jego głowę, kadr za kadrem. Co jakiś czas drzwi się uchylały, wchodził jakiś tajniak bez nazwiska, siadał naprzeciwko i zadawał ciągle to samo, wbijane jak ćwiek pytanie:
— Czy Popiełuszko miał plaster na ustach?
Patrzyłem na niego jak na wariata.
— Przecież macie przed sobą zdjęcia — mówię na zimno. — Widzicie, jak go doholowałem do brzegu. Woda go obmywała, prąd ciągnął, to i ten plaster w wodzie trochę odlazł. Na brzeg wyciągnąłem go z przylepcem zasłaniającym może pół ust. To był zwykły plaster opatrunkowy z apteki, wtedy nie robili wodoodpornych.
Nie pytali o węzły, nie pytali o ślady po katowaniu ani o to, czy coś wyciągnęliśmy z kieszeni. Wychodził, a za godzinę wchodził następny i znów to samo: „Plaster. Czy na ustach był plaster?”.

Dopiero po latach dotarło do mnie, po co był ten cały obłęd. Kiedy 26 października wyciągnęliśmy ciało na brzeg Wisły, jego twarz była czysta. Wykąpana w rzecznym nurcie, jasna, bez mułu. Widać było sine krwiaki, rozciętą brew przy oku, ale rysy były czytelne, obmyte przez zimną wodę. Tymczasem na kadrach z oficjalnego wyłowienia 30 października i z sekcji w Białymstoku twarz Popiełuszki była czarna, umazana jakąś brudną, lepką mazią. Sama twarz. Ciało było czyste, jak ja to pamiętam. Szpitalne prosektorium pewnie zrobiło swoje, a oni musieli to zamaskować brudem, żeby chociaż w telewizji pchnąć wersję o „wielodniowym leżeniu na dnie”. Bo kto dwa razy topi zmarłego?
Plastra na usta już pewnie nie dali rady przykleić na zmienioną skórę, więc okręcili mu szyję jakimś luźnym tasiemkowym przylepcem. A mnie trzymali na Rakowieckiej przez pół doby tylko po to, żeby upewnić się, czy moimi zeznaniami nie rozwalę im tej marnej, szytej grubymi nićmi reżyserii.
W końcu i to przycichło, ale moje życie nie było już takie samo. Chcę wierzyć, że ksiądz Popiełuszko uratował mi życie. Bo uchronił mnie, gdy po odejściu z milicji pracowałem dla bossa mafii wołomińskiej. Przeżyłem eksplozję bomby umieszczonej pod naszym samochodem, ale gdy Marian Klepacki ginął w Gamie, ja siedziałem już we francuskim więzieniu za przemyt 24 ton haszyszu.
Inaczej tej historii nikt by wam nie opowiedział…
